Rozmowa z Renatą Przemyk, gwiazdą festiwalu Dolina Dolnej Odry Poezja Śpiewana, który odbędzie się w ostatnią sobotę wakacji w Moczyłach. - Tym razem będzie elektrycznie i mocniej - zdradza artystka.
- W 2022 roku występowała pani w Przecławiu, a teraz wraca do gminy Kołbaskowo – tym razem do Moczył. Jak wspomina pani tamten koncert?
- Tak, to mój powrót do gminy Kołbaskowo i pamiętam tamten koncert. Graliśmy program Akustik Kwartet z akustycznymi aranżacjami i moim graniem. I że się podobało (śmiech). Tym razem będzie elektrycznie i mocniej.
- Czy artysta inaczej odbiera koncert w plenerze, wśród natury, niż występ w teatrze czy sali koncertowej?
- Generalnie każdy koncert jest inny. Miejsce ma wpływ na atmosferę. Inaczej gra się w małych kameralnych miejscach, a inaczej w plenerach czy na wielkich salach, ale zawsze najważniejszy jest kontakt z publicznością. Przy kameralnym Akustik Kwartet bliski kontakt z widzami odgrywał szczególną rolę. Przy energetycznym i dynamicznym graniu na głośniejszych instrumentach łatwiej zachęcić do wspólnego śpiewania.
- Jest pani osobą, która - jak sama o sobie mówi - chodzi własnymi ścieżkami. Czy dziś, po ponad 35 latach na scenie, nadal zdarza się pani zrobić coś zupełnie spontanicznego, czego nikt się po pani nie spodziewa?
- Przez te lata dojrzałam, jestem na pewno mniej spięta. Pozostała we mnie otwartość na ludzi, muzykę. Mam większą pewność siebie w podejmowaniu nowych wyzwań a pomysłów mi nie brakuje. Na scenie w czasie grania jest mniejsze pole manewru na improwizacje, ale na próbach i prywatnie jak najbardziej!
- Ma pani za sobą tysiące koncertów. Czy istnieje jeszcze takie miejsce, w którym chciałaby pani wystąpić, a jeszcze się to nie wydarzyło?
- Faktycznie, w Polsce graliśmy już w tak dużej liczbie miejsc, że nie jestem w stanie wszystkich spamiętać. Do wielu wracamy po wielokroć. Ale są różne mniejsze miejsca, gdzie ciągle zdarza nam się być po raz pierwszy. Kocham śpiewać dla ludzi którzy słuchają i zawsze chętnie przyjmuję zaproszenia z każdego miejsca.
- Czy jest piosenka z pani repertuaru, którą dziś śpiewa pani zupełnie inaczej niż 20 czy 30 lat temu?
- Tak, oczywiście. Wiele z moich piosenek przechodziło metamorfozy. Te najstarsze mają 37 lat i naturalną dla mnie koleją rzeczy jest, że te piosenki zmieniają się ze mną. Nadal są rozpoznawalne, ale uwielbiam eksperymentować i ciekawiło mnie jak zabrzmią w innych aranżacjach. Te ostatnie wersje były stworzone na potrzeby płyty z Mężczyznami („Renata Przemyk i Mężczyźni” - red.), gdzie śpiewam 13 utworów w duetach. Te piosenki z różnych etapów mojego śpiewania dostały nowe życie i nowy wymiar emocjonalny w parze z cudownym moimi trzynastoma mężczyznami. Potrzebowały z tej okazji nowej oprawy. Zawsze jednak zostaje niezmienne to, co w piosence najważniejsze - melodia, tekst i forma. Publiczność śpiewająca ze mną nigdy się nie gubi (śmieje się).
- Czy zdarza się pani słuchać własnych płyt? Czy raczej po nagraniu artysta chce już od nich odpocząć?
- Częściej słucham swoich piosenek na etapie aranżacji i produkcji, kiedy są nowe i zależy mi na jak najlepszym brzmieniu. Częściej je śpiewam niż słucham. Ale one są tworzone właśnie po to, żeby je śpiewać dla ludzi.
- Są wakacje, jak pani lubi je spędzać? Aktywnie, w podróży, czy może odpoczywając w domu, z dala od ludzi?
- Jesteśmy z rodziną aktywni. Nie wykupujemy wczasów all inclusive. Wybieramy miejsce i szukamy fajnych noclegów po drodze. Zdarza nam się z Michałem wybrać niemal na dziko samochodem, szukając kolejnych miejsc do nocowania z dnia na dzień. Tak w kwietniu przejechaliśmy całe Włochy. To znaczy jedną z możliwych pięknych tras z północy na Sycylię. Lubimy chodzić i odkrywać wspaniałe miejsca na własną rękę, poznawać lokalną kulturę, ludzi, smaki i zapachy. Unikamy głównych atrakcji turystycznych i tłumów. Kocham też nasz dom na wsi, gdzie mamy spokój i ciszę przetykaną odgłosami natury.
- Czy ma pani takie miejsce na świecie, do którego mogłaby pani wracać co roku i nigdy by się nie znudziło?
- Tak, mam takie miejsce na Sycylii.
- Jaką książkę ostatnio pani przeczytała i komu poleciłaby ją bez wahania?
- „Ślad po mamie” Marty Dzido, mocne i dobre. Polecam jeszcze bardzo cały cykl kryminalnych powieści Roberta Galbraitha. Właśnie szykuję się na najnowszą powieść.
- Który album ostatnio zrobił na pani największe wrażenie?
- Ciągle wracam do najnowszej, choć już nie bardzo nowej płyty Beth Gibbons „Lives Outgrown”.
- A gdyby miała pani polecić naszym czytelnikom jeden film albo serial na letni wieczór, co by to było?
- My robimy sobie ostatnio retrospekcje Federico Felliniego, ale jakiś czas temu przypomnieliśmy sobie polski serial „07 zgłoś się” z wielką przyjemnością. Dobre kino się nie starzeje.
- Gdyby nie została pani artystką, czym mogłaby się pani dziś zajmować?
- Skończyłam bohemistykę z myślą, że będę tłumaczką książek z czeskiego. Ale cieszę się, że mogę zajmować się muzyką, bo ta praca jest zdecydowanie bardziej wielobarwna.
- I na koniec, gdyby lato 2026 miało mieć własną piosenkę, jaki utwór by pani do niego wybrała?
- Ze względu na upały i chimeryczną pogodę to może „Tak mi się nie chce” Natalii Grosiak.
