Strona Kołbaskowo.eu używa plików cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich wykorzystanie.

  • Gmina
  • "Może świat mnie ominął, ale zyskałam coś, czego nie da się zmierzyć żadną miarą"

"Może świat mnie ominął, ale zyskałam coś, czego nie da się zmierzyć żadną miarą"

Rozmowa z Grażyną Pęcikiewicz, jedyną nauczycielką w Szkole Podstawowej w Przecławiu, która uczy w niej od samego początku.

– 30 lat w jednej szkole to całkiem niezły wynik! Z tyloma uczniami i nauczycielami musiało się tu dziać. Proszę zdradzić – która sytuacja była najzabawniejsza, a może najbardziej szalona?


– Zabawnych sytuacji było wiele, ale pamiętam jedną wyjątkową, taką, która dziś raczej nie miałaby miejsca. Postanowiliśmy pomalować ściany w sali lekcyjnej. Farbę ktoś nam podarował, mieliśmy nawet grunt. A to była sobota, jednak przyszło bardzo dużo dzieci i pracowaliśmy do godziny 20. Było wesoło, nikt się nie skarżył, nikt nie chciał punktów. W poniedziałek byliśmy dumni – malowanie wyszło super.


– Wróćmy do początków. Jakie były pani pierwsze dni w Przecławiu?


– Z Przecławiem zetknęłam się zanim funkcjonowała obecna szkoła. Przez dwa lata pracowałam tutaj w filii Szkoły Podstawowej w Kołbaskowie, która została utworzona z myślą o uczniach klas 1–3, aby nie musieli dojeżdżać. Mieściła się w budynku przedszkola – obecnie to dom prywatny – a kierownikiem tej placówki była pani Ludomira Balewander, cudowna osoba. Pamiętam, jak szukałyśmy fachowca do naprawy pieca i jak dokonano włamania, w wyniku którego skradziono nam telewizor. Później powstała nowa szkoła. Uważam, że Szkoła Podstawowa w Przecławiu była i pozostaje imponującym przedsięwzięciem architektoniczno-organizacyjnym, nawet kiedy na początku otwarte zostało tylko jedno skrzydło, czyli to, które obecnie zajmuje przedszkole. Staraliśmy się zadbać o uczniów, nasze nauczycielskie oczekiwania odsuwaliśmy na plan drugi. Pamiętam, że pierwszy pokój nauczycielski mieścił się na zapleczu jednej z sal. Krzeseł było niewiele, siedzieliśmy na ławeczkach.


– Co było największym wyzwaniem na początku funkcjonowania szkoły?


– Największe wyzwanie stało przed panią dyrektor Marią Palacz. Musiała „ogarnąć” uczniów, nauczycieli i jeszcze plac budowy. Wakacje przed rozpoczęciem roku szkolnego 1995/96 znacznie nam się skróciły, ale zauroczenie szkołą chyba to rekompensowało, przynajmniej w moim przypadku. Oprócz dokumentacji musieliśmy urządzać sale lekcyjne, gromadzić pomoce i organizować cały warsztat pracy, a także przygotować inaugurację roku szkolnego, którą prowadziła pani Iwona Wierzbicka – bo już wtedy wszyscy wiedzieli, że w duszy jej cały czas gra. Wszystko udało się pięknie.


– Wspomniała pani Marię Palacz. Pracowała pani pod okiem pierwszej dyrektorki szkoły. Jak ją pani wspomina?


– Dyrektor Maria Palacz to legenda, świetny nauczyciel, doskonały organizator, osoba bardzo wymagająca – nie tylko od innych, ale przede wszystkim od siebie. Ona nas tego nauczyła. Do dziś wiem, że dni, kiedy uczniowie przychodzą ubrani na galowo, wymagają ode mnie takiego samego stroju. Pani Maria to umysł ścisły – ułożenie planu to była pestka, oczywiście bez programu komputerowego. Spojrzała i zmiany gotowe.


– Czy pamięta pani pierwszą klasę, którą uczyła?


– O „swoich” dzieciach się nie zapomina. Pamiętam doskonale, gdy zaczynałam pracę jeszcze w Kołbaskowie, uczyłam wtedy klasę 2, do której uczęszczali uczniowie z Przecławia. Byli trochę głośni, większość stanowili chłopcy. Później wszyscy przeszliśmy do Przecławia. Uczyłam ich do klasy ósmej. W nowej przecławskiej szkole zostałam wychowawczynią klasy, która jako pierwsza po zmianach kończyła klasę szóstą i przechodziła do gimnazjum. Świetne dzieci – mam od nich pamiątkę z podpisami, trochę łza się kręci w oku…


– Mówi się, że nauczyciele wszystko widzą i wszystko słyszą. A czy zdarzyło się pani kiedyś udawać, że czegoś nie zauważyła?


– Zmysły nauczyciela są dość mocno wyostrzone, to prawda. Dlatego zgodnie ze „starą szkołą” reaguję na wszystko, co do mnie dociera. Albo przynajmniej próbuję reagować, bo ze względu na wiek, może docierać już coraz mniej.


– Przez te trzy dekady przewinęły się przez szkołę tysiące uczniów. Co się najbardziej zmieniło w młodzieży przez te lata?


– Każda młodzież jest inna, bo czasy się zmieniają, ale każda może nam zaproponować coś innego. Jako nauczyciel staram się dorównać im kroku – słowo „staram się” trzeba tu podkreślić, bo pewnie nie zawsze mi to wychodzi. Kiedyś mieliśmy lekcję, podczas której uczniowie uczyli mnie swoich zwrotów. Zapamiętałam tylko „bumera”, bo to chyba najlepiej mnie charakteryzuje. Ale gdy włączyłam im utwór „Moja matko” w wykonaniu Bernarda Ładysza, byli zauroczeni.


– Co dla pani znaczy bycie nauczycielem? Jak przez te lata zmieniała się ta rola?


– Szkoła to moje życie. Czekam na piątek, dni wolne czy wakacje, ale nie wyobrażam sobie, żebym w życiu robiła coś innego. Przebywanie z młodymi ludźmi dodaje sił, napędza do działania. Zawód nauczyciela jest bardzo wymagający – oprócz przekazywania wiedzy i przygotowania do egzaminów, ważne jest, aby nauczyciel umiał słuchać uczniów, by słyszał, co mają do powiedzenia, bo czasami te małe głowy mają duże kłopoty.


– Ktoś może powiedzieć, że 30 lat w jednej szkole to solidna kariera… Ale czy są dni, kiedy myśli pani: „Może jednak trzeba było zostać stewardessą”?


– Oczywiście, że były chwile zwątpienia – jak w każdej pracy. Zwłaszcza w momentach trudnych, gdy zderzałam się z biurokracją, niezrozumieniem albo widziałam, jak bardzo zmienia się system edukacji. Ale czy naprawdę żałuję? Nie. Choć stewardesa może zwiedzać świat, ja przez te 30 lat miałam szansę wpływać na życie setek młodych ludzi. Widzieć ich rozwój, sukcesy, a czasem po prostu być dla nich wsparciem – to daje ogromną satysfakcję. Może świat mnie ominął, ale zyskałam coś, czego nie da się zmierzyć żadną miarą – poczucie, że moja praca ma sens.

fot. archiwum prywatne
Ocena 4.13 (15 Głosy)

Pozostałe wiadomości: