Strona Kołbaskowo.eu używa plików cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich wykorzystanie.

  • Kultura
  • „To jest moje życie. Ja jestem Kev Fox. I tyle.” – wywiad z Kevem Foxem

„To jest moje życie. Ja jestem Kev Fox. I tyle.” – wywiad z Kevem Foxem

Nie goni za nagrodami, nie planuje każdego kroku i nie do końca wierzy w „odpoczynek od muzyki”. Kev Fox to artysta, który tworzy intuicyjnie – z momentu, z emocji, z potrzeby bycia w procesie. Od ulicznego grania po duże sceny, od chaosu po świadome oddzielenie muzyki od destrukcyjnych nawyków – jego droga to nieustanna próba odnalezienia tego, co najbardziej prawdziwe.

W rozmowie opowiada o pracy z Andrzejem Smolikiem, o tym, dlaczego nie nagrywa już wokali w studiu, jak wygląda jego twórczy proces i dlaczego „magia” w muzyce jest ważniejsza niż jakakolwiek statuetka. Mówi też wprost o przełomie, który przyniósł album „Belly of the Whale”, oraz o tym, dlaczego – mimo 16 lat spędzonych w Polsce – nadal śpiewa wyłącznie po angielsku.


To rozmowa o sztuce bez kalkulacji, o życiu podporządkowanym tworzeniu i o artyście, który – jak sam mówi – po prostu robi swoje.

Tomasz Skierczyński: Jeden, jeden, jeden, dwa, raz, dwa.

Kev Fox: Raz, dwa, raz, dwa, hej, hej, hej. Yeah!

TS: Kevin, bardzo dobrze mówisz po polsku, lepiej niż ja.

KF: Na pewno nie. (uśmiech)

TS: Jesteśmy rówieśnikami, tak naprawdę. Więc w sumie nawet będzie chyba nam się lepiej gadało.

KF: No, na pewno.

TS: Dobrze, zacznijmy. Cześć, Kevin!

KF: Cześć!

TS: Na swoim koncie masz trzy albumy długogrające. W Polsce mieszkasz na stałe 16 lat. Jak bardzo zmienił się ten kraj w twoich oczach na przestrzeni tych kilkunastu lat? Czy dostrzegasz podobieństwo ze swoim rodzimym krajem?

KF: No, to jest… Jak chcemy mówić prawdę, to Anglia strasznie się zniszczyła i idzie w bardzo złym kierunku.
Za to Polska rozwija się i zmierza w bardzo dobrym.

TS: Tak myślisz?

KF: Tak. Tak to wygląda, wiesz.
Czy tak myślę, czy nie, to statystyki nie kłamią, generalnie. Każdy może wymyślić, wiesz, swoją opinię począwszy od ludzi przez polityków czy czegokolwiek też, ale prawda jest taka, że nie możesz kłamać w tej sytuacji. Więc widzę dużą różnicę.
Wiesz, ja często rozmawiam z ludźmi, którzy żyli na przykład w Polsce w czasach komuny, jak oni widzą tę różnicę, jak jest teraz po prostu, a jak było wtedy. Ale ja przez te ostatnie 16 lat to ja widzę też dużą różnicę.

TS: Twoja droga to przejście od buskingu do dużych scen – czy dziś nadal grasz „dla jednego przechodnia”, tylko że ten przechodzień siedzi w pierwszym rzędzie?

KF: Ja osobiście odczuwam właśnie bardzo dużą zmianę z tego powodu. W sensie, że zaczynam skupiać się bardziej na zrobieniu tego muzycznego „performance’u” lepiej. Jestem bardziej skoncentrowany na tym, co robię, pod kątem tego, jak ja mogę to polepszyć. Nie w czasie grania, ale w sensie ćwiczeń itd.

Tym samym skłaniam się bardziej w stronę takiego „czucia powietrza”, emocji. Wiesz, przygotowałem setlistę na tę solową trasę, z myślą, żeby zabrać tę jedną osobę, czy dwieście osób, czy dwa tysiące osób na wycieczkę emocjonalną.

I o to właśnie chodzi. I to jest ta duża zmiana, bo kiedyś było bardziej rock’n’rollowo.

TS: W duecie ze Smolikiem to było opakowane w pewien produkt.

KF: Tak, tak. Ale wiesz, jak zaczynaliśmy, to było dalekie od produktu, ale jak każda sytuacja – i ta również – w miarę sukcesu stała się takim rodzajem „produktu”.

TS: Wracając do czasów Smolika – bo to będzie się ciągnęło za tobą, ale to chyba dobry ogon - takie mam wrażenie.

KF: Gorzej może być. (śmiech)

TS: W 2016 roku otrzymaliście jedną z najważniejszych nagród muzycznych w Polsce – Fryderyka. To duży wyczyn? Wielu naszym rodowitym muzykom taka statuetka wciąż się marzy. Chciałbyś raz jeszcze ją zdobyć czy twoje priorytety z upływem lat zmieniły się, patrząc również pod kątem muzycznym? Dla ciebie – gościa z zagranicy – to jest duży sukces u nas na rynku polskim. Niektórzy pewnie zazdrościli, niektórzy gratulowali. Znając nasz polski naród i rynek muzyczny, a trochę go znam, to wiem, że tam szpile potrafią wbijać.

KF: Lubią. (śmiech)

TS: Czy chciałbyś jeszcze raz zdobyć taką statuetkę lub takie wyróżnienie? Czy jeszcze cię rajcuje coś takiego, żeby bić się o takie statuetki? Czy może wolisz już iść w klimaty typowo twórcze i nie obchodzi cię to?

KF: Wiesz co, wszystko mnie obchodzi. Kocham każdą rzecz, całą pracę i cały biznes, nawet te rzeczy, których inni ludzie nie lubią.
Ja bardzo lubię być w drodze, bo całe życie tak robiłem i czuję się tam bardziej wygodnie niż w domu. Więc robienie muzyki teraz w porównaniu z tym, jak zaczynaliśmy robić nowe rzeczy, to jest zupełnie inna sprawa.

Mamy inny pogląd na to, bo jednocześnie chcemy rozwijać się sami jako artyści, osobno i też razem z Andrzejem, żeby osiągnąć coś więcej, wejść na wyższy poziom. Cały czas tego szukamy, może nie chodzi tutaj o odkrywanie czegoś nowego, a bardziej o efekt „WOW” dla naszych słuchaczy. Nie skupiamy się na nagrodach, tylko na rozwoju – ale jak już w coś wchodzimy, to dajemy z siebie wszystko.

No właśnie, nagrody przychodzą, są koncerty i cała ta otoczka, ale potem pojawia się pytanie: co tak naprawdę jest tym drive’em?
Mnie napędza miłość do sztuki i ogromny szacunek do tego, co robię.
I dalej jest w tym coś takiego… jakaś magia. Nie do końca umiem to nazwać. Chyba nikt tego do końca nie wie.
I strasznie lubię żyć w takiej niewiedzy. Czuję, że to jest dla mnie jakaś droga, taka „adventure”, która cały czas trwa. Choć bardzo dużo ludzi spróbowało mi tłumaczyć, że tak nie jest.

TS: Twoje utwory często brzmią jakby były na granicy rozpadu – ile w tym jest kontroli, a ile pozwalania, żeby piosenka się „rozsypała” na scenie?

KF: Ja piszę piosenkę – tekst i melodię, a Andrzej odpowiada bardziej za jej charakter i ogólny kierunek. I do tego dopasowujemy muzykę. Ale prawda jest taka, że nie do końca potrafię to nazwać, ale to bardziej idzie w stronę wokalnego performance’u.
I cały czas szukamy czegoś, co będzie najbardziej naturalne.

Teraz na przykład nie nagrywam wokalu w studiu. Zrobiłem sobie setup w domu, żeby było tak, że kiedy masz ten moment – jak z ubraniem, w którym dobrze się czujesz – po prostu idziesz i śpiewasz.
Z tego momentu, z tego czucia, z tego, kim jesteś danego dnia… i to zostaje.

I potem wracamy na przykład do najlepszych take’ów z Andrzejem i wtedy on bierze w tym udział. W sensie, że wybiera, co bardziej pasuje muzycznie, do melodii i tak dalej. I tak to ląduje muzycznie.
Więc z mojej strony nie ma dużo myślenia.

TS: Mieszkasz w Polsce, piszesz po angielsku. Czujesz publiczność bardziej emocjonalnie niż językowo – czy to daje ci przewagę, czy raczej permanentny brak zakorzenienia?

KF: Tak… ja nie mam, wiesz, to jest dziwne, co powiem, ale ja nie mam takiego myślenia. To do mnie nie wchodzi.
Ja po prostu bardzo się cieszę, że mogę robić to, co robię, że z tego żyję i cały czas mam relację z tą sztuką.
A inne rzeczy… wiesz – nie mam takich myśli, że może kiedyś będę bardziej doceniony, może więcej ludzi będzie przychodzić na moje koncerty, może czasy się zmieniły albo coś.
Ja nie mam na to miejsca w głowie.
Po prostu robię to, co robię – najlepiej i jak najczęściej, jak się da, żeby też jakoś utrzymać życie.
Ale to jest moje życie. Ja jestem Kev Fox. I tyle.

TS: Muzyka nie potrzebuje języka, czujemy ją, a jeżeli nie znajdujemy emocji w muzyce to…

KF: No to nie słuchać.

TS: Dokładnie. I tak, tak po prostu jest.

KF: Ja po prostu piszę piosenki – w sensie, gram i czekam na coś. Jak coś wyjdzie, to wyjdzie i to jest fajne. Nagrywam to szybko, a później układamy to razem z Andrzejem. Więc nie ma takiego myślenia.
I na przykład nigdy nie zacząłem śpiewać po polsku, bo nie umiem… a kiedyś próbowaliśmy coś zrobić i to było tak śmieszne, że nie dało się tego zachować. Bo wtedy gubisz się w tej emocji – wszystko robi się takie urocze, przez te dziwne słowa i akcent… i to już nie jest to. Nie chcemy tego. Ani Polacy, ani my. (śmiech)

TS: Jak się relaksujesz? Jak odpoczywasz od muzyki?

KF: No właśnie – nienawidzę tego. Teraz jadę na wakacje i to są chyba pierwsze wakacje od ostatnich dziesięciu lat. Ja trochę nie widzę sensu tego, wiesz o co chodzi.

Teraz próbuję bardziej organizować swój czas pracy – że pracuję w miarę w godzinach, mam wieczór dla siebie i weekend, żeby to jakoś wyglądało.

Ale wiesz, co robię wieczorem? Albo oglądam jakieś g. (wulgarne słowo) na Netflixie, albo idę do pubu i piję piwo z kolegami. I czuję, że jestem już trochę za stary na takie życie cały czas.

Więc jest tak, że robi się osiemnasta, dziewiętnasta, odpalam jakąś serię, której nawet nie lubię… albo próbuję grać.

I w końcu i tak gram cały czas. Cały dzień. I tyle. Tak jest.

TS: Kevin, wiem, że to może być banalne pytanie, ale jednak nie do końca — trzeba zrobić szybki research w głowie. Rzuć nazwy trzech kapel lub artystów, którzy najbardziej Cię inspirują i odcisnęli się na Twojej twórczości.

KF: Radiohead, oczywiście. Arcade Fire. Trzeci… musi być ktoś jeden – albo Leonard Cohen, albo Neil Young, albo Bob Dylan, albo coś takiego… Paul Simon. Ktoś od tekstu, kto inspiruje. Może być coś takiego.

TS: Czy po albumie „Belly of the Whale” masz poczucie, że zamknąłeś jakiś etap w swoim życiu?

KF: Tak, trochę tak. To była pierwsza muzyka, którą napisałem na trzeźwo. To był dla mnie ogromny krok, bo wiedziałem już, że ta używka mi nie pomaga – bardziej mnie niszczy niż pomaga. Więc pomyślałem: dobra, spróbuję zrobić to bez.

Przez miesiące nic się nie działo. Myślałem, że zwariuję. Oczywiście wracałem do tego często, żeby mi pomogło, ale to już nie pomagało – bo kiedy nie robisz tego cały czas, to zaczyna ci szkodzić od razu. To były trudne momenty.

I w końcu pierwsza piosenka to było właśnie „Belly of the Whale” – i potem wszystko zaczęło wychodzić bardzo szybko. I to był moment zamknięcia tego etapu mojego życia – tego myślenia, że muszę być cały czas na rauszu, bo inaczej to nie jest życie. I to właśnie to zamyka. Dokładnie to.

TS: Wiesz, ten okres używek – jak zwał, tak zwał – pojawił się na początku twojej drogi artystycznej, czy to było raczej związane z tym, że obracałeś się w środowisku artystycznym i siłą rzeczy…?

KF: Nie, to było cały czas.
Czasami nawet myślałem, że piję alkohol, bo robię muzykę… albo że robię muzykę, żeby móc pić alkohol cały czas – i nie ma nikogo, nie ma ludzi, którzy zwracają na to uwagę. Więc tak, to było.

I nie widziałem jednego bez drugiego. I to było właśnie bardzo trudne – zostawić to, oddzielić. Ale bardzo się cieszę, że to zrobiłem.

TS: Ile będziemy czekać na kolejny album?

KF: Pod koniec 2026 roku będzie nowy album, na 100%. Musi być — bo musi być!

TS: Wrócisz do nas z nowym albumem?

KF: Oczywiście, tak. Nawet dzisiaj było już gadanie o koncertach pod koniec roku, tutaj, w tym samym miejscu, w Przecławiu.

TS: Super, trzymam kciuki!

KF: Ja też!

TS: Dziękuję bardzo za rozmowę.

KF: Dziękuję.

fot. TS
Ocena 0.00 (0 Głosy)

Pozostałe wiadomości: