Strona Kołbaskowo.eu używa plików cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich wykorzystanie.

  • Kultura
  • Nazwane na nowo. Siadło Górne

Nazwane na nowo. Siadło Górne

GOKSiR rozpoczyna serię reportersko-wspomnieniowych opowieści opartych na rozmowach z mieszkańcami gminy Kołbaskowo. Autorką cyklu jest Monika Kołacz, która odwiedza kolejne wsie, rozmawia z mieszkańcami i zapisuje historie związane z codziennym życiem oraz przeszłością miejsca. Każdy materiał stanowi osobną mikrohistorię, w której centrum stoją doświadczenia mieszkańców – rodzinne wspomnienia, przemiany miejsc oraz to, jak z biegiem lat wyłania się portret wspólnoty.

„To jest nasze miejsce”

Do miejscowości położonej na zachód od Szczecina, pomiędzy Siadłem Dolnym a Smętowicami nie zaglądają turyści. Nie ma tu pałacu ani kościoła, nie ma też plaży ani atrakcji turystycznych. Jest cicho i bardzo spokojnie. Przyjezdni, którzy zjeżdżają z ruchliwej trasy prowadzącej w kierunku przejścia granicznego w Kołbaskowie, nagle znajdują się w świecie zdominowanym przez naturę, gdzie wszystko to, co zwykle ukryte, staje się bardzo wyraźne: śpiew ptaków, szczekanie psów, nawet szmer wody spływającej do studzienki ściekowej. „Dziękuję!” - zielona buźka na sygnalizatorze prędkości zwraca się do kierowców, którzy wkraczają na teren zamieszkany, respektując przepisy ruchu drogowego. Elektroniczny uśmiech mimowolnie wywołuje ten prawdziwy. Uważny przybysz, na tle uśpionej, zimowej scenerii dojrzy więcej elementów budzących radość u odbiorcy w każdym wieku. Drewniane figury dziarsko kroczących dzików, owady ponadnaturalnej wielkości, Mikołaje z choinek, z finezyjnie zakręconymi gałązkami zamiast czapek stoją w przestrzeni tradycyjnej pomorskiej wsi, pomiędzy ceglanymi budynkami gospodarczymi i stuletnimi domami pokrytymi warstwą termoizolacji.

Siadło Górne, pocz. XX w., pomeranica


Siadło Górne znajduje się na grzbiecie wału morenowego, ukształtowanego przez lodowiec tysiące lat temu. Osadnictwo w tym miejscu istniało już w schyłkowym okresie wpływów rzymskich oraz wczesnym średniowieczu, pierwsze wzmianki o wsi można odnaleźć w XII-wiecznych dokumentach. Początkowo miejscowość rozwijała się razem z Siadłem Dolnym, położonym poniżej, nad brzegiem Odry Zachodniej. Separacja nastąpiła w XIV wieku. Do końca II wojny światowej Hohenzahden (ob. Siadło Górne) i Niederzahden (Siadło Dolne) funkcjonowały już oddzielnie. W połowie XIX wieku wieś liczyła ponad 400 mieszkańców - oprócz osób zajmujących się rolnictwem oraz hodowlą żył tu i działał krawiec, 3 szewców, kowal, rzeźnik, młynarz. We wsi była jednoklasowa szkoła, dom dla ubogich, wiatrak oraz gotycki kościół. Dzwony, zawieszone na dobudowanej do świątyni w XVIII wieku wieży wzywały wiernych na nabożeństwa. Był też duży staw, a za nim gospoda z salą taneczną, gdzie mieszkańcy chodzili się zabawić. Zmarłych chowano na cmentarzu, ulokowanym przy rozwidleniu dróg prowadzących w dół, do rzeki oraz do opuszczonej osady Waliszewo.


W 1946 r. do malowniczo położonych wsi nad Odrą zaczęli przyjeżdżać pierwsi polscy osadnicy. Wiele domów było zniszczonych, więc lokowano po dwie rodziny w jednym budynku. Nowo przybyli ściągali z głębi kraju swoich bliskich. Wszyscy się znali, pomagali sobie w pracach polowych, przy wychowywaniu dzieci. Wspólnie odpoczywali i bawili się. Mieszkając w pilnie strzeżonej strefie nadgranicznej żyli w izolacji, zdani przede wszystkim na siebie. Zmieniła się rzeczywistość polityczna, ale również krajobraz kulturowy. Uszkodzony podczas działań wojennych średniowieczny kościół stopniowo znikał z powierzchni ziemi. Najdłużej zachował się ceglany fragment elewacji wschodniej, ozdobionej blendami i krzyżem: „Na sterczącej dumnie ścianie szczytowej było bocianie gniazdo. Ptaki miały stąd rozległy widok na szerokie pola i pełne pożywienia łąki. Tak było do czasu, gdy zapadła decyzja o rozbiórce grubych murów kościelnych, bo potrzebny był kamień na budowę dróg. Łupało te mury przy pomocy karbidu tylko dwóch robotników”. Pomnik ku czci poległym w I wojnie światowej mieszkańcom wsi przerobiono na monument ku czci Matki Boskiej, rozebrano plebanię i szkołę, ale wcześniej chłopcy „hasali tam od piwnic po strych. Wydobywali ze ścian gwoździe do kabli i używali ich do strzelawek własnej konstrukcji”. Pod koniec lat 50. zaczęto wznoszenie nowych domów. „Stawiano budynki na odkrytych z gruzu fundamentach i istniejących piwnicach (…). Z pozostałych gruzowisk wybierano cegły, które trafiały na odbudowę Warszawy”.


Kapliczka z figurą Matki Boskiej, zdj. Monika Kołacz


Świat, który znamy z nielicznych czarno-białych pocztówek odszedł w niepamięć. Pomału odchodzi również w przeszłość ten stworzony przez pierwszych polskich osadników i ich potomków. Urodzony w 1950 r. w Siadle Górnym Sylwester Matulka przedstawił znaną z autopsji rzeczywistość w „Albumie wiejskim” - publikacji przygotowanej i wydanej własnym sumptem, z której pochodzą zacytowane powyżej fragmenty. Ze szczegółami opisał życie z czasów swojego dzieciństwa i młodości, prześledził materiały archiwalne. „Dorastałem na wsi, gdzie droga była brukowana lub gruntowa i obejmowałem dziecięcym umysłem świat zwierząt gospodarskich, krzątaniny podwórkowej i ciężkiej pracy w polu (…) Było cicho i spokojnie. Rzadkością był samochód na wiejskiej drodze. W pracach polowych używano koni i drewnianych wozów do transportu ziemniaków, buraków, zboża i siana” - zanotował we wstępie emerytowany geodeta. Praca nosi podtytuł „Wspomnienia i dokumenty z jednej i drugiej wioski”, ponieważ zawiera opowieści z Wysokich oraz Niskich Sadów (takie nazwy miejscowości nosiły po II wojnie światowej).

Droga, lata 90., zdj. z archiwum K. Weretyńskiej


Wraz z kolejnymi stronicami przed czytelnikiem rozpościera się klimat lat 50. i 60. XX w.: obowiązki gospodarskie, świniobicie, uprawa roli i zbiory, warunki życia, remonty, zakupy, wyjazdy do kościoła w Kołbaskowie, spotkania towarzyskie, szkoła, spędy bydła, czereśnie przy drodze, zaskrońce w gruzowiskach, ślimaki, jabłka zrywane w ogrodzie dawnego pastora, biwakowanie na Międzyodrzu, zabawy w bunkrach, epizod związany ze spółdzielnią produkcyjną, pierwsze telewizory i pralki, daty i nazwiska... Kronika codzienności. Autor pragnął „pokazać młodym mieszkańcom Siadła Górnego historię tego miejsca, by nie zaginęła bezpowrotnie”, jak sam wyjaśnił. Wspomnienia ojca pana Sylwestra, Henryka Matulki oraz innych osadników ukazywały się w lokalnej gazetce pt. „Gminne Aktualności” od początku lat 2000. Historię teścia, Henryka Weretyńskiego, osiadłego po wojnie w Siadle Dolnym spisała synowa, Krystyna.

K. Weretyńska, B. PietrzAk, R. Bożejewicz


Czymś niezwykłym jest potrzeba utrwalenia przeszłości, nadania jej formy i ubrania w odpowiednie słowa wśród mieszkańców obu wiosek. To świadomość upływającego czasu, który nieustannie nanosi kolejne warstwy opowieści, starsze spychając w mroki przeszłości, wpływa na chęć podzielenia się wspomnieniami czy poczucie obowiązku wobec kolejnych pokoleń?


W lutowe, poniedziałkowe popołudnie spacerujemy po wsi i rozmawiamy w niewielkiej grupie wieloletnich mieszkańców. Barbara Pietrzak przeniosła się razem z mężem i dziećmi do Siadła Górnego w 1964 r. Wcześniej mieszkali w Nowogardzie, ale teść zachorował i trzeba było pomóc przy gospodarstwie. Pracowała w sklepie. Najpierw w kiosku spożywczym, który stał obok domu nr 35, a potem w pawilonie, który Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska” wybudowała na miejscu obecnie stojącego budynku pod numerem 39. Sprzedawała tam przez ponad 20 lat. Mąż - mechanik sprzętu ciężkiego, był zatrudniony w zakładzie naprawczym przy ul. Gdańskiej w Szczecinie. Po godzinach „2 ha pola dorywczo obrabiali”, oprócz tego pani Basia „specjalizowała się w świnkach” – miała „dobrą rękę do prosiaczków”, zdrowe się rodziły, ładne, ludzie chętnie kupowali, również przyjezdni. Wspomniana wyżej Krystyna Weretyńska od 1971 r. była nauczycielką w szkole podstawowej w Siadle Dolnym. Uczyła historii, prowadziła Ligę Obrony Kraju, drużynę zuchową, spółdzielnię uczniowską, zespół wokalny... Początkowo dojeżdżała ze Szczecina, w latach 90. przeprowadziła się do Siadła Górnego, bo „pojawiła się możliwość kupienia działki bardzo tanio”. Dostała do rozbiórki stary domek niedaleko podstawówki, nie musiała się więc martwić o materiały budowlane. Uczniami pani Krysi były, między innymi, dzieci pani Basi oraz pan Roman Bożejewicz, obecny sołtys, urodzony we wsi w 1963 r., syn powojennych osadników. „Z wykształcenia rolnik, z zamiłowania kucharz i kamieniarz” - jak sam o sobie mówi. Rodzina miała bardzo duże gospodarstwo, 11 ha i przodujący - na tamte czasy - park maszynowy w całej gminie.


Moi rozmówcy wspominają, jak zmieniła się wieś za ich życia. Mówią o stawie, który dawniej sięgał prawie do ulicy, a kiedy zimą zamarzał, dzieci jeździły po nim na łyżwach; opowiadają, że ludzie najpierw zbierali się na modlitwy pod lipą w centrum wsi, zanim pani Zatoniowa, w 1959 r., nie przekazała figurki Matki Boskiej. Posążek ustawiono na poniemieckim postumencie, teren uporządkowano, ogrodzono. Pan Roman pamięta, że kiedy miał 16 lat, za zgodą władz dostał prawo jazdy i jeździł aż do Nowego Warpna po materiały na budowę świetlicy, którą wzniesiono w miejscu obecnie istniejącego terenu rekreacyjnego. Dużo emocji u całej trójki wzbudzają wspomnienia związane z jedynym sklepem we wsi i „z miłymi spotkaniami przed nim”: Kiedy przyjeżdżały marmolady w zbiorczych opakowaniach dzieci ustawiały się w kolejce chętne do wylizania pustych pojemników. Klienci przychodzili z własnymi talerzykami albo słoikiem - ekologicznie było. Na zewnątrz, pod ścianą stała ławka – zrobiona z potężnej deski, „wszystkie chłopy się tam zbierali, grali”.

Chłopcy ze szkoły, lata 70., zdj. z archiwum K. Weretyńskiej


- Cicho! - pani Basia się ożywia. - To ja opowiem historię tej deski: Wtedy była niesamowita zima, śnieg po pas, w sklepie zaczęło towaru brakować, zaopatrzenie nie mogło dojechać. Tata Romka miał duży ciągnik, przyszedł do mnie i mówię – „panie Bożejewicz, zróbmy coś, bo już pusty sklep, ani z chlebem nie mogą dojechać, ani nic”. „Dobra, pani Basiu, zaraz coś wymyślę”. Za chwilę, patrzę - ciągnie taką wielką dechę. Mężczyźni pomogli przymocować ją do ciągnika i jak szuflą przejechali po drodze.
Pani Krysia podkreśla serdeczność pani Pietrzak:


- Wszystkie dzieci z okolicy chodziły do szkoły w Siadle Dolnym. Tam był sklep, ale tylko Basia zgodziła się sprzedawać mi taniej towar, żebyśmy mogli rozprowadzać go w sklepiku szkolnym w ramach spółdzielni uczniowskiej. Zysk szedł dla spółdzielni, oczywiście. Dzięki tej współpracy GS trzy razy do roku dawał autokar za darmo dla dzieciaków, żeby mogły wyjechać nad morze albo na wycieczkę Szlakiem Piastowskim. Niektóre po raz pierwszy w życiu zobaczyły Bałtyk! To była dodatkowa praca, dodatkowe faktury, trzeba było więcej towaru zamówić i Basia to robiła.


Emerytowana sprzedawczyni uśmiecha się, ale przypomina, że nie było lekko:
- Czasem jakiemuś dziecku lizaka dałam albo wielodzietnej rodzinie więcej proszku do prania i potem, jak się rozliczałam z kartek albo z towaru i brakowało – no to ciach! GS mi z wysługi lat zabierał - wspomina.
Pod koniec lat 80. zrezygnowała z pracy w pawilonie spółdzielczym i jeszcze przez 2 lata prowadziła sklep we własnym domu. Mąż jeździł po towar na hurt do Przecławia.


83-letnia Barbara Pietrzak ma w pamięci wiele opowieści związanych z historią wsi, a opowiada tak barwnie, że ponownie oddajmy jej głos:
- Kiedyś między drzewami przed naszym domem była studnia, gospodarze brali stąd wodę, no ale daleko mieli i nam też niewygodnie, bo to pod samymi oknami. Któregoś razu, jeszcze teściu żył, już nie chodził i siedział ciągle przy okienku, krzyczy – „o rany boskie! Co z naszą krową?!” Wylecieliśmy wszyscy, a tu krowa wpadła nogą w dziurę! Rzucili kamienie w dół – wpadły do wody. Okazało się, że na środku podwórza była studnia! Ktoś pewnie wyciął ocembrowanie. Gospodarze pomogli ją odkopać. To była nasza wielka radość! - po latach seniorka wyraźnie pamięta emocje, jakie towarzyszyły tamtemu zdarzeniu.
Inne wydarzenia, które zrewolucjonizowały życie całej lokalnej społeczności są związane z przyłączeniem mediów:
 - Największą radością dla nas na wsi było, jak nam przeciągnęli wodę, i mogliśmy już łazienki robić, a później gaz. Za wójta Żukowskiego to było. - Pani Basia ma spisane na kartce najważniejsze daty. - Umowa na zaopatrzenie wody i odbiór ścieków - 14.01.2004, umowa na dostarczanie paliwa gazowego – 14.04.2010. Krysia mi powiedziała - „przygotuj się do spotkania”, to zajrzałam do teczki, gdzie wszystkie dokumenty mam - tłumaczy łagodnie pani Pietrzak, odpowiadając na komplement, że taka pilna.


Życie w strefie nadgranicznej w okresie PRL-u było specyficzne i pewnie trudne do wyobrażenia dla współczesnych, młodych ludzi:
 - Kiedy ktoś chciał przyjechać do nas, to musiał się wpisać w księgę u sołtysa, pana Kornaszewskiego – zadeklarować, ile czasu spędzi, czy jest rodziną itd. - tłumaczy Roman Bożejewicz.  - Pamiętam, jak moja siostra kiedyś przyjechała z Gryfic w odwiedziny, pomyliła drogę i trafiła do Kołbaskowa. Przed wsią ją zatrzymali – bo tam była strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza – wsadzili w samochód i przywieźli tutaj - opowiada pani Basia.

Krystyna Weretyńska, lata 70., zdj. z archiwum rodzinnego


Po obu stronach mostu na Odrze, w pobliżu Siadła Dolnego stacjonowały oddziały radzieckie, tam miały swój garnizon.
- Bardzo dobrze z nimi żyliśmy, zresztą - z wopistami również. W latach 60., 70. zapraszaliśmy Rosjan do szkoły, na pogadanki, występy. Nic ich nie rozumieliśmy, bo żołnierze pochodzili z różnych republik. Kiedyś poprosiliśmy jednego Gruzina, żeby coś zaśpiewał, a on stanął na baczność i odśpiewał hymn ZSRR! Nic innego nie umiał - ze śmiechem wspomina pani Krysia.


Na porządku dziennym był handel ropą, którą Rosjanie sprzedawali Polakom. Panowała bezkonfliktowa integracja między narodami. Propagowany po II wojnie światowej na tzw. Ziemiach Odzyskanych kolektywny sposób gospodarowania nie spotkał się z przychylnym nastawieniem mieszkańców obu sąsiadujących ze sobą wiosek. W Siadle Górnym spółdzielnia istniała krótko, rolnicy nie chcieli pracować w „kołchozie”, jak mówili. Mimo tego dużo ludzi znajdowało zatrudnienie w okolicznych PGR-ach oraz w jednostkach straży, gęsto ulokowanych na całym pasie nadgranicznym.


Jakie są różnice pomiędzy dawnym życiem a obecnym?
-  Przede wszystkim była wzajemna pomoc – mówi pani Basia. - Nikt nie patrzył, że u jednego robił 2 godziny, a u innego 3 godziny, na polu, przy zbieraniu ziemniaków, wszyscy razem pracowali. Ludzie się szanowali, zgrani byli. Kiedy gospodarze zaczęli się starzeć, dostali możliwość przepisania majątków na Skarb Państwa albo dzieciom. Młodzi mało zostali na gospodarce, więc rolnicy cieszyli się, że rentę dostali.


- Tragedii nie było, przeżyliśmy braki towaru, kartki, zmiany cen, były zawroty głowy – remanenty, podwyżki... - była ekspedientka nawiązuje do wspomnień związanych z prowadzeniem sklepu.


- Tu był specyficzny teren. Żyjemy na pograniczu dwóch epok - czasów komunistycznych i nowych. Czy nowe czasy są lepsze? - głośno zastanawia się sołtys. - Okaże się. My uważamy, że tamte były lepsze, była większa integracja, jeden drugiemu pomagał, dzisiaj wszyscy się pozamykali w domach. Jestem z natury gaduła i chodzę po ludziach, zapraszam na wydarzenia, każdego indywidualnie. Oprócz stałej ekipy przyjdzie jedna osoba, dwie. Ciężko jest ludzi z domu wyciągnąć.

Piotr Złomaniec, lata 70., zdj. z archiwum K.Weretyńskiej


Nie ma już szkoły w Siadle Dolnym, dzieci jeżdżą do Kołbaskowa i do Przecławia. Świetlicy też nie ma we wsi nad Odrą, wiele osób z rozrzewnieniem wspomina zabawy i potańcówki, jakie były tam organizowane. Obecnie mieszkańcy (częściej mieszkanki) zapisują się na ćwiczenia prowadzone w Siadle Górnym.


Zmieniło się życie w dawnych Wysokich Sadach. Nikt tu już nie uprawia ziemi i nie hoduje zwierząt. Są tylko ule oraz gołębie wystawowe. Budynki gospodarcze zostały zaadaptowane na potrzeby mieszkaniowe bądź użytkowe. Część przedwojennych obiektów wyburzono, a na ich miejscu powstają nowe domy. Adresy przy głównej ulicy zajmują najstarsi Siadliczanie - bądź ich rodziny. Do wioski wprowadzają się też osoby niezwiązane wcześniej z miejscowością. Za dawnym cmentarzem, na którym w 2007 r. z inicjatywy mieszkańców powstało lapidarium, rozrasta się osiedle. Po okolicy prowadzi ścieżka edukacyjna. Roman Bożejewicz na polach należących do rodziny tworzy gospodarstwo agroturystyczne: teren jest piękny, z lasem i torfowiskami. Powstaje tam staw, groble, niezbędna infrastruktura. Już niedługo goście będą mogli spróbować domowej kuchni oraz przetworów z owoców rosnących w ogrodzie gospodarza.

- Spełniam swoje marzenie - zwierza się sołtys.

Lapidarium 1, 02.2026 r., zdj. Monika Kołacz


Krystyna Weretyńska pisze wiersze, scenariusze przedstawień, teksty piosenek, które wykonuje zespół działający przy świetlicy wiejskiej. Urząd Gminy Kołbaskowo wydał śpiewnik zawierający między innymi twórczość emerytowanej nauczycielki. Zaczęła też spisywać historię swojego życia, ale – jak mówi – utknęła na 50 stronie i nie może skończyć.


Barbara Pietrzak bardzo docenia fakt, że do miejscowości została doprowadzona linia autobusowa i w wolnym czasie chętnie podróżuje do Szczecina. Odwiedza córkę na Pomorzanach, razem jeżdżą na działkę. Lubią też pospacerować, zajrzeć na Różankę, pochodzić po sklepach.

Siadliczanki, zdj. z archiwum K.Weretyńskiej


Cała trójka bardzo się angażuje w życie lokalnej społeczności. Wszyscy działają w świetlicy, którą z ramienia Urzędu Gminy opiekuje się pani Renata Wójcik, w zespole wokalno-artystycznym „Siadliczanki” oraz w Kole Gospodyń Wiejskich – obu przewodzi Adrianna Weretyńska-Nowak. Uczestniczą w projektach aktywujących seniorów. Stałymi członkiniami wymienionych grup są też Stasia Dojlido, Aleksandra Szankowska, Weronika Wilkaniec, Anna Daniek, Renata Fedorowicz, Aneta Żulińska, Ania Mazur. Jedynym rodzynkiem wśród kobiet jest Roman Bożejewicz.


- Jestem tylko od sprzątania i pomagania - śmieje się sołtys. Lubię dziewczyny wspierać. Chętnie gotuję. Przygotowujemy własne wyroby na kiermasze – białą kiełbasę, zupę dyniową, pierogi - wyjaśnia.
- Roman zajął kiedyś I miejsce za swój chleb na dożynkach - dodaje Krystyna Weretyńska.
- A Krysia za pigwówkę - odcina się z sympatią pan Bożejewicz.


Teraz dożynki nie są już organizowane, mieszkańcy Siadła Górnego uczestniczą jako wystawcy podczas plenerowego festiwalu „Dolina Dolnej Odry – Poezją Śpiewana”, organizowanego każdego roku w Moczyłach oraz podczas imprez prowadzonych przez Gminny Ośrodek Kultury Sportu i Rekreacji w Przecławiu.
 - Lubimy się, dobrze się ze sobą czujemy - mówi zgodnie trójka rozmówców.
- On jest najbiedniejszy, mój były uczeń, całe życie ze mną - śmieje się z losu pana Romana pani Krysia, ale sołtys nie wygląda na nieszczęśliwego.


Czy kiedykolwiek myśleli o wyprowadzce z Siadła Górnego?
-  Absolutnie nie! - odpowiadają chórem.
- Chociaż Siadło Dolne też ma swój urok, tam została nasza młodość. Chryste Panie, te wszystkie łowienia ryb, pływania, zabawy... Było „haru-haru, a w sobotę hop! do garu” - wspomina z rozrzewnieniem pan Bożejewicz.
Za co kochają Siadło Górne? Za przyrodę, krajobraz.
 - Człowiek się przyzwyczaja do miejsca i do ludzi, a tu jest NASZE miejsce - podkreślają pani Krysia, pani Basia i pan Roman.


Monika Kołacz
luty 2026 r.

K. Weretyńska, B. PietrzAk, R. Bożejewicz, zdj. M. Kołacz
Korzystałam:

Sylwester Matulka, Album wiejski, wydanie własne, 2025 r.
Krystyna Weretyńska, Gałązka z ojcowskich wspomnień, rękopis, 2013 r.
Marek Łuczak, Historia i zabytki Gminy Kołbaskowo, Pomorskie Towarzystwo Historyczne, 2010 r.
Monika Kołacz, Dom nad Odrą (wspomnienia Danuty Białkowskiej z Siadła Dolnego), „Kurier Szczeciński”, 13-15 czerwca 2025 r.
Karta ewidencyjna tzw. zielona – Kościół - ruina, Siadło Górne, 1959 r., wypełniła L. Madejska, Archiwum WKZ w Szczecinie, dostęp online:
https://zabytek.pl/pl/obiekty/ruina-kosciola-908085/dokumenty/PL.1.9.ZIPOZ.NID_N_32_EN.479030/1
Ocena 3.8 (5 Głosy)

Pozostałe wiadomości: