– Dobra, dziewczyny, jeszcze raz od początku. W świetlicy w Siadle Górnym na chwilę cichną rozmowy. Jedna odstawia kubek z herbatą, druga poprawia okulary, inna nerwowo szuka w teczce wydrukowanych tekstów. Na stole stoi talerz z domowym ciastem. Za kilka dni jubileuszowy koncert. Trzeba dopracować każdy szczegół.
Najpierw indywidualne ćwiczenia z emisji głosu. Potem wspólna próba. Wejścia, oddechy, poprawki. Anna Nieczuja-Chłopicka zatrzymuje zespół co chwilę.
– Jeszcze raz. Tutaj spokojniej. Nie śpieszcie się.
Nie narzekają, bo wiedzą, że dwugodzinny koncert nie rodzi się sam. Na pulpitach leżą teksty nowych piosenek. Tym razem to ABBA. Po polsku. Dziesięć lat temu na tym samym stole leżały zupełnie inne kartki. Z piosenkami z „Klimakterium”.
– Przyniosłam te teksty i powiedziałam: „To może sobie pośpiewamy?” – wspomina Krystyna Weretyńska.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że właśnie zaczyna się historia zespołu, który przez następną dekadę będzie koncertował niemal w całym powiecie. Nie było zebrania założycielskiego, nie wymyślano nazwy ani scenicznych kostiumów. Było kilka kobiet, świetlica i zwykła potrzeba spotykania się.
Na co dzień przychodziły tam na warsztaty i różne zajęcia. Przed Dniem Kobiet zamiast przygotowywać dekoracje zaczęły śpiewać. Najpierw dla siebie.
– Nie byłyśmy żadnym zespołem. Po prostu spotykałyśmy się i śpiewałyśmy.
Pewnie na tym by się skończyło, gdyby do świetlicy nie zajrzała Renata Wójcik. Posłuchała chwilę.
– Dziewczyny, ja założyłam zespół Retro w Stobnie. Mam kobietę, która może was poprowadzić.
Kilka dni później przyszła z Ewą Nowak. Tak zaczęły się regularne próby. Od początku było jasne, że nie chcą być kopią żadnego zespołu.
– Retro miało już swój charakter. My chciałyśmy znaleźć własny.
Pomysły rodziły się przy stole. Padało jakieś zdanie, ktoś dopowiadał puentę, ktoś przypominał zabawną historię z życia. I po chwili zaczynała powstawać nowa piosenka.
Albo skecz. Albo wiersz.
Większość tekstów pisała Krystyna Weretyńska. Niektóre powstawały wspólnie z pozostałymi członkiniami zespołu.
– Wszystko trzeba było samemu wymyślić. Siadałyśmy razem i powoli układałyśmy cały program.
Eryk odpowiadał za muzykę. Przygotowywał podkłady, zmieniał aranżacje, szukał nowych brzmień.
– Nie chciał, żeby to były zwykłe covery – mówi Adrianna Weretyńska-Nowak. – Dodawał własne pomysły, zmieniał podkłady. Dzięki temu wszystko brzmiało trochę inaczej.
Pierwszy występ przyszedł szybciej, niż się spodziewały. Był 2016 rok i gminna impreza „Kiełbaskowo w Kołbaskowie”. Trwały akurat piłkarskie mistrzostwa Europy. Obok sceny działała strefa kibica. Polska grała ważny mecz.
Dogrywka przeciągała się w nieskończoność. One czekały. Słońce prażyło niemiłosiernie, publiczność wpatrywała się w telebim. Im dłużej trwał mecz, tym większa była trema. Kiedy wreszcie nadeszła ich kolej, niebo nagle pociemniało.
– Przyszła ogromna burza. Lunął deszcz. Ludzie zaczęli uciekać, ławki opustoszały.
Przed sceną zostało zaledwie kilkanaście osób. Między nimi członkinie zespołu Retro. Przyszły kibicować debiutującym koleżankom.
– To był występ na odwagę. Wtedy pierwszy raz pomyślałyśmy, że może naprawdę damy radę.
Pierwsze koncerty szybko przestały być wyjątkiem. Zaproszenia przychodziły z kolejnych miejscowości. Dożynki, Dni Seniora, spotkania opłatkowe, występy w szkołach i świetlicach. Potem Stobno, Trzebież, Police, koncerty podczas Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wydarzenia patriotyczne. W końcu także Szczecin i jarmark bożonarodzeniowy.
– Było super. Tylko strasznie zimno – śmieją się. – Dostałyśmy talony na grzane wino. Bezalkoholowe, oczywiście.
Najbardziej lubiły przygotowywać dożynki. Nie wychodziły na scenę z trzema piosenkami.
Budowały całe widowiska. Najpierw pojawiał się skecz, potem piosenka, później krótki dialog, wiersz i kolejny utwór.
– Program potrafił trwać czterdzieści minut. Wszystko musiało się ze sobą łączyć.
Takich wieczorów były dziesiątki. Jedne pamiętają lepiej, inne gorzej. Ale są historie, których nie zapomną nigdy.
Podczas jednego z koncertów w Policach, poświęconych piosence kresowej, postanowiły zaśpiewać coś wyjątkowego. Bez podkładu. A cappella.
Utwór napisał młody zesłaniec na Syberii. Przez kilkadziesiąt lat melodię i słowa przechowywała w pamięci ciocia jednej z członkiń zespołu.
– Miała dziewięćdziesiąt siedem lat. Wciąż tę piosenkę śpiewała. My tylko przekazałyśmy ją dalej.
– Kiedy skończyłyśmy śpiewać, na sali zrobiło się cicho.
Ale jeśli pytam o koncert, który najczęściej wraca we wspomnieniach, odpowiedź jest zupełnie inna. Nie Syberia. Nie deszcz. Nie jubileusz.
Światła.
Podczas jednego z bali seniora Siadliczanki śpiewały „Ta piękna noc". Organizatorzy postanowili stworzyć romantyczny nastrój. W odpowiednim momencie zgasili światło.
Na widowni zrobiło się nastrojowo. Na scenie...
– ...przestałyśmy widzieć tekst! – wybuchają śmiechem.
Jeszcze wtedy większość z nich śpiewała z kartek.
– Pół zespołu próbowało śpiewać z pamięci, druga połowa udawała, że coś widzi.
Po chwili sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej skomplikowana. Muzyk zaczął improwizować.
– Gra. Patrzymy po sobie. On gra dalej. A żadna nie wie, kiedy wejść.
Przez chwilę wszystkie mówią jednocześnie. Każda pamięta ten koncert trochę inaczej. Jedno się zgadza. Do końca udało się go jakoś uratować.
Podobnych historii uzbierało się przez lata więcej. Czasem na scenie pojawiał się z nimi Bartek Pakuła. Fotograf.
– Pytał: "Dlaczego wszystkie piosenki są o miłości? Nie macie niczego innego?"
Śmieją się, że wtedy trzeba było pisać nowe teksty.
Gościnnie występowała też Gabrysia, wnuczka Ewy Czyżowicz. Były programy świąteczne. Były występy patriotyczne. Były koncerty charytatywne.
Ale życie zespołu nigdy nie kończyło się na scenie. Przygotowywały dekoracje. Nakrywały stoły. Pomagały organizować wydarzenia. Spotykały się także wtedy, kiedy nie trzeba było ćwiczyć.
Przez te dziesięć lat uzbierało się sporo pamiątek. Polary z nazwą zespołu. Anioł otrzymany podczas gali wolontariatu. Śpiewnik wydany przez gminę z tekstami ich piosenek.
– To była dla nas ogromna radość.
Zmieniały się także osoby prowadzące zespół. Po Ewie Nowak przyszły Katarzyna Rydzak, Iwona Wierzbicka i Paulina Grześków. Dziś organizacyjną stroną zajmuje się Adrianna Weretyńska-Nowak.
– Czyli teraz rządzi Ada.
– A jak rządzi?
– Bardzo dobrze.
Odpowiedź pada natychmiast.
Od kilku miesięcy z zespołem pracuje Anna Nieczuja-Chłopicka.
Najpierw każda przechodzi indywidualne ćwiczenia z emisji głosu. Dopiero później zaczyna się wspólna próba.
– Człowiek całe życie śpiewał i wydawało mu się, że robi to dobrze. A później okazuje się, że wszystkiego można nauczyć się od nowa.
Poniedziałkowe spotkania trwają nawet cztery godziny. W czwartki kolejna próba.
– To już prawie etat.
Nie protestują. Bo kiedy przychodzi dzień koncertu, chciałyby mieć pewność, że każda z nich wejdzie dokładnie w tym samym momencie. I że nikt znowu nie zgasi światła.
Za jubileuszowym koncertem stoją dziesiątki prób. Najpierw pojawił się pomysł. ABBA. Nie po angielsku. I nie z gotowymi tłumaczeniami.
– Pomyślałyśmy, że skoro robimy jubileusz, to zróbmy coś, czego jeszcze nie było.
Do znanych melodii zaczęły powstawać nowe teksty. Większość napisała Krystyna Weretyńska. Każdy wers był później poprawiany, skracany, śpiewany na głos i znowu poprawiany.
Na próbach nie wystarczy już nauczyć się melodii. Trzeba pilnować oddechu. Wejść. Emisji głosu. Interpretacji.
Anna Nieczuja-Chłopicka zatrzymuje zespół co chwilę.
– Nie uciekajcie z tempem.
– Jeszcze raz.
– Tutaj oddychamy.
Najpierw każda ćwiczy osobno. Dopiero później zaczynają śpiewać razem.
– Pięć lat chodziłam do liceum pedagogicznego i nikt wcześniej nie pracował ze mną w taki sposób – mówi jedna z pań.
Poniedziałkowe spotkania potrafią trwać cztery godziny. W czwartek kolejna próba. I jeszcze jedna. Bo koncert ma być wyjątkowy.
25 lipca miejsca na widowni w parku w Pałacu w Ostoi powoli się zapełniają.
Światła. Kostiumy. Układ wejść. Każda wie, gdzie ma stanąć. Ale jest coś, czego przez dziesięć lat nie udało się całkiem pokonać. Trema.
– Ona chyba nigdy nie znika.
Koncert mija szybciej, niż się spodziewały. Są brawa. Są gratulacje. Są wspólne zdjęcia.
Ktoś przypomina pierwszy występ. Ktoś inny deszcz w Kołbaskowie. Jeszcze ktoś historię ze zgaszonym światłem.
Wszystkie śmieją się z tych samych wspomnień. Tak jakby wydarzyły się wczoraj.
Za kilka dni znowu spotkają się w świetlicy. Nie po to, żeby świętować. Po prostu będzie kolejna próba. Na stole staną kubki z herbatą. Któraś przyniesie domowe ciasto. Ktoś pokaże zdjęcia z koncertu.
Przez dziesięć lat zmieniały się instruktorki. Zmieniał się repertuar. Jedne osoby odchodziły. Pojawiały się nowe. W kronice przybywało zdjęć. Na półkach pamiątek. Ale poniedziałki wyglądały niemal zawsze tak samo. Ten sam stół. Herbata. Ciasto. Rozmowy. Pomysły. Śmiech.
Ktoś rzuca jedno zdanie. Ktoś dopowiada puentę. Ktoś nuci melodię. I nagle okazuje się, że właśnie rodzi się kolejna piosenka. Dokładnie tak samo jak dziesięć lat wcześniej.
Na stole znowu leżą kartki z tekstami. Tyle że nie są to już piosenki z „Klimakterium”.
Adrianna podnosi wzrok.
– Dobra, dziewczyny...
Rozmowy cichną.
– Zaczynamy.

