Strona Kołbaskowo.eu używa plików cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich wykorzystanie.

  • Kultura
  • Nazwane na nowo: Kamieniec - "Tak te lata szybko przeszły"

Nazwane na nowo: Kamieniec - "Tak te lata szybko przeszły"

2. część z serii reportersko-wspomnieniowych opowieści opartych na rozmowach z mieszkańcami gminy Kołbaskowo. Autorką cyklu jest Monika Kołacz, która odwiedza kolejne wsie, rozmawia z mieszkańcami i zapisuje historie związane z codziennym życiem oraz przeszłością miejsca. Każdy materiał stanowi osobną mikrohistorię, w której centrum stoją doświadczenia mieszkańców – rodzinne wspomnienia, przemiany miejsc oraz to, jak z biegiem lat wyłania się portret wspólnoty.

Zamiast wstępu


Moje pierwsze zetknięcie z Kamieńcem miało miejsce późnym latem ubiegłego roku. Przyjechałam do wsi, żeby wziąć udział w projekcie realizowanym przez Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Przecławiu, mającym na celu udokumentowanie i ożywienie historii gminy Kołbaskowo. Zachwyciła mnie sielankowa atmosfera, soczysta przyroda, potężny kościół z granitowych ciosów, z charakterystyczną elewacją frontową, ruiny ogromnego budynku gospodarczego, dwór ukryty za zamkniętą bramą. Oraz ludzie, którzy okazali się niezwykle pogodni i otwarci. Z przyjemnością powracam więc teraz, aby głębiej przyjrzeć się miejscowości, spróbować uchwycić jej specyfikę.

Charakterystyczna elewacja frontowa kościoła, 03.2026 r., zdj. M. Kołacz


Położona na Wzniesieniach Szczecińskich, niedaleko Odry Zachodniej, wioska jest ulokowana w niezwykle ciekawym rejonie — niedaleko rezerwatu przyrody Kamienieckie Wąwozy im. prof. Janiny Jasnowskiej oraz Świętej Góry (Der Heilige Stadtberg), zasiedlonej w okresie brązu przez ludność kultury łużyckiej, a we wczesnym średniowieczu przez Słowian. Przed II wojną światową w pobliżu, nad niewielkim strumieniem, znajdował się młyn wodny i karczma Schwarze Katze, popularny cel wycieczek mieszkańców Stettina. Nic dziwnego, już panorama, jaka rozciąga się wokół przybysza zbliżającego się do Kamieńca, sprawia oszałamiające wrażenie. Jazda szosą w górę i w dół, pośród bezkresnych — mogłoby się wydawać — pól może dziwić podróżnych przyzwyczajonych do płaskich przestrzeni Niziny Szczecińskiej.


Obecna nazwa „Kamieniec” nie nawiązuje do przedwojennego miana Schöningen, ale wydaje się idealnie pasować do otoczenia. Niewykluczone, że pierwsi polscy osadnicy czuli się na tym terenie jak w górach. Współcześnie, docierając do wioski od strony Gumieniec, mijamy ulice, których określenia odnoszą się do przyrody i kultury tatrzańskiej (co można zinterpretować jako zapowiedź krajobrazu, który za moment ma się ukazać), zaś w samej miejscowości dużo jest kamiennego budulca.

Droga prowadząca do Kamieńca od strony Moczył, zdj. M. Kołacz

Kamieniec — poznajmy się


Z Kołbaskowa udajemy się w kierunku Moczył. Najpierw droga prowadzi prosto, a potem ciągle w dół, i kiedy już, już mamy znaleźć się nad brzegiem rzeki, kierunkowskaz nakazuje ostry skręt w prawo. Rozpoczynamy wspinaczkę, obserwując zza okien samochodu rozlewiska, które powstały po topniejącym śniegu, klucze gęsi powracających do swoich siedlisk, wiatraki na horyzoncie. Za plecami zostawiamy ruch uliczny i potężny gmach Amazona, malejący z każdym przejechanym metrem. Asfalt łagodnie wije się pośród pól, przejeżdżający autobus liniowy przypomina gąsienicę, która niespiesznie porusza się do przodu. Czas zwalnia, przyroda zaczyna dominować. Znaki ostrzegają przed stromym zjazdem oraz dzikimi zwierzętami, które mogą wbiegać na jezdnię. Domy stojące w równym rządku na wzniesieniu, wyraźnie odróżniają się od tła, z daleka przypominając pudełeczka albo wycinanki z kolorowego szablonu.

Przydrożna kapliczka z figurą Matki Boskiej, zdj. M. Kołacz | Uwaga! Dzikie zwierzęta, zdj. M. Kołacz


Wjeżdżamy do wioski. Przydrożna kapliczka udekorowana wstążkami, z figurą Matki Boskiej schowaną za szklanymi drzwiczkami, przyciąga uwagę i sprawia, że zaczynamy czuć się swojsko, jak podczas beztroskich wakacji u babci przed laty. Kamieniec wita ciszą. Wrażenie, które wysuwa się na pierwszy plan to - „pół”: części domów podzielone między dwóch różnych właścicieli, co jest uwidocznione w sposobie potraktowania elewacji i dachów, architektura dawna sąsiadująca ze współczesną, ślady przedwojennych detali przypominające o wielowiekowych dziejach i obcej kulturze, kiedyś panującej na tych terenach – wszystkiego jest po pół. Nawet pień starej wierzby  słońce oświetla w połowie, jakby wyczuwając moje spostrzeżenia. W lapidarium, po południowo-wschodniej stronie wsi zmarli dzielą się przestrzenią z żywymi mieszkańcami Kamieńca, ale na zasadzie codziennej współegzystencji, nie wyszukanego memento mori. Poczucie podziału może mieć uzasadnienie historyczne, bowiem przez stulecia w Kamieńcu istniała wieś chłopska oraz majątek, od końca lat 40. XX wieku zaś, gospodarstwa indywidualne i PGR. „Połówek” jest więcej, uważny czytelnik wyłuska je w tekście.

Pień starej wierzby, zdj. M. Kołac

Kamieniec ma kształt wrzeciona, typowy dla średniowiecznych osad na Pomorzu. W pobliżu centralnej części miejscowości droga główna rozchodzi się łukowato na dwie części, a przy obu jej ramionach wznoszą się domy ustawione frontem do środka wsi. Między nimi jest tzw. nawsie, czyli plac. Jego wschodni kraniec zajmuje XIII-wieczny kościół, ukryty za kamiennym murem. W ciągu stuleci zmodyfikowano oryginalny wygląd świątyni. Nad charakterystyczną, szeroką elewacją zachodnią w 1706 roku dostawiono odeskowaną konstrukcję ryglowej wieży, podtrzymującej barokowy hełm, zmieniono wykrój okien. Po II wojnie światowej nieużytkowany zabytek popadł w ruinę, a bogate wyposażenie przepadło. W 1978 roku kościół został odbudowany dzięki inicjatywie księdza proboszcza i mieszkańców Kamieńca. Naprzeciw, po zachodniej stronie wioski stoi dwór, któremu obecny kształt nadano w drugiej połowie XIX wieku, ale bryła jest datowana na XVIII stulecie. W pobliżu rezydencji pierwotnie znajdowały się zabudowania folwarczne, do współczesnych czasów przetrwał tylko jeden obiekt – za to monumentalny. Przed wiekami kierunkom świata przypisywano znaczenie symboliczne, tak więc nieprzypadkowo strefy sacrum i profanum w Kamieńcu ulokowano w tych konkretnych miejscach i wyraźnie oddzielono od siebie drogą, która jak kręgosłup, wyznacza oś całej miejscowości. 23 kwietnia 1945 roku Schöningen – wraz z okolicznymi miejscowościami gminy Kołbaskowo - zostało zajęte przez wojska radzieckie po ciężkim forsowaniu Odry. Po wojnie wieś znalazła w pasie przygranicznym. Dwór w 1945 roku przeznaczono na siedzibę Wojsk Ochrony Pogranicza, a stacjonujący tam żołnierze przez dziesięciolecia odgrywali ważną rolę w życiu lokalnej społeczności.

Plan sytuacyjny PGR-u, 1990 r., zdj. z Karta ewidencyjna
Widok na elewację północną kościoła i pozostałość dawnego folwarku, zdj. M.Kołacz

Spotkanie


Jest marcowe, piątkowe popołudnie, bardzo ciepło, jak na tę porę roku. Grupa dzieci wysiadła z autobusu, kurtki niosą w rękach. Samochód ciągnący przyczepę z małym Fiatem ostrożnie zmierza w głąb wioski, po chwili stylowy kabriolet z mężczyzną w okularach słonecznych za kierownicą wyjeżdża w przeciwnym kierunku. Kępki białych przebiśniegów wyrastają pośród trawy, słychać gęganie dzikich gęsi. Toczy się życie. Spacerujemy w grupie mieszkańców i rozmawiamy, a opowieści rozgałęziają się swobodnie, decydując o trasie naszego przemarszu. Podążamy za tymi dygresjami i skojarzeniami bez sprzeciwu, świadomi, że historia codzienności jest zbudowana ze szczegółów.


Wypełnijmy zatem krajobraz Kamieńca żywymi wspomnieniami:

— Rodzice przyjechali z Dolnego Śląska w 1956 roku, niedługo przed moimi narodzinami. Pracowali w tutejszym PGR-ze — mama na kuchni, w przedszkolu, tata na kombajnie jeździł. Potem przyszła kucharka po szkole i pozwalniali tych bez wykształcenia, więc mama poszła do krów i została tam, aż się PGR-y skończyły. Potem przeszła na emeryturę i była w domu. Miała jeszcze swoje dwa hektary ziemi, które obrabiała. Tata stracił rękę w wypadku. Normalnie się żyło — mówi zapytana o dawne czasy w Kamieńcu Bożena Drozdalska.


Rodzina zajmowała dom w centrum wsi, po sąsiedzku z kościołem i dworem. Na miejscu była podstawówka, urządzona w poniemieckim budynku mieszkalnym. Stała zaraz za niewielkim stawem, który kiedy zamarzał, zamieniał się w ślizgawkę.


— Na zajęcia wf szło się do lasu, bo nie było sali gimnastycznej. Często, jak pan Wójcik prowadził śpiew, to zamiast zostać na lekcji chodziliśmy zbierać dla niego grzyby – śmieje się pani Bożena. - Placówka nie była duża. W każdej klasie uczyło się maksymalnie po 12 – 13 dzieci z Kamieńca i pobliskiego Pargowa. Chętni mogli zapisać się do harcerstwa, a jak chłopcy chcieli pograć w piłkę, to udawali się na okoliczne polany. We wsi funkcjonował sklep. Najpierw w centrum (naprzeciw obecnej świetlicy), a później pod numerem 32, w pegeerowskiej części miejscowości. Oprócz produktów spożywczych i chemicznych sprzedawano też piwo w kuflach.


Lesław Torzewski pochodzi z okolic Lichenia, gdzie rodzina miała duże gospodarstwo. Jako dziewiętnastolatek, w 1965 roku, został powołany do wojska. Trafił najpierw na Krzekowo, potem do Dąbia, trochę pracował w porcie, aż znalazł się w Kamieńcu, gdzie poznał swoją przyszłą żonę. Nie planował wiązać życia z wsią.


— Od dziecka dostaliśmy w kość. Powąchałem tego chleba… — wzdycha. — Ciężka robota, maszyn nie było, tylko koniki, wszystko się ręcznie robiło. Tam słabe ziemie, ale ludzie umieli robić interesy, radzili sobie — śmieje się osiemdziesięciolatek. — Miałem 5 braci i 2 siostry, tylko brat został na gospodarce  — dodaje.


Po ukończeniu służby wojskowej pan Lesław przez dwa lata pracował w Stoczni im. Adolfa Warskiego w Szczecinie, a potem przeszedł do Gryfu, gdzie został już do emerytury. Teść miał 7 hektarów ziemi, krowy i konia. Mleko z udoju oddawało się do mleczarni, działającej nieprzerwanie od 1961 roku, pod numerem 13:


— Wchodziło się tu, z przodu — wskazują moi rozmówcy, wśród których jest również Ryszard Bytof oraz sołtys wsi, Angelika Nazimek. Z zapałem opowiadają, co obserwowali na przestrzeni lat, a pani Angelika biegnie po zachowaną oryginalną tablicę informacyjną punktu skupu i stawia ją przed wejściem:


— Mleko przynosiło się w kankach. Pani Stasia Michalczuk, która przepracowała w tym miejscu 30 lat! specjalną pipetą sprawdzała zawartość tłuszczu i zapisywała. Każdy gospodarz miał założoną kartę, na której były notowane litry i procenty. Potem beczkowóz zabierał pojemniki do mleczarni na ul. Jagiellońską w Szczecinie.


Mniej więcej połowę mieszkańców wsi stanowili gospodarze indywidualni, a drugą połowę pracownicy PGR-ów, którzy zajmowali czterorodzinne budynki, wzniesione w latach 60. w pobliżu dzisiejszego przystanku Kamieniec Osiedle.

Tabliczka "Punkt skupu mleka", zdj. Angelika Nazimek

Pośród rolników indywidualnych połowa hodowała krowy, a druga połowa świnie. Łącznie w wiosce mieszkało trochę ponad 200 osób. Nie czuło się różnic pomiędzy ludźmi, większych zatargów też nie było. Każdy robił swoje. Wszyscy się znali, spotykali przed domami i wspólnie bawili w świetlicy wiejskiej, która na przestrzeni lat funkcjonowała w różnych miejscach we wsi, ale chyba najdłużej pod numerem 10 a. Placówką zarządzał PGR. Wewnątrz, do dyspozycji chętnych były 3 sale:


— Stał stół do ping-ponga, bilard, można było pograć w szachy, działał bufet, gdzie sprzedawano herbatę, kawę, napoje. Raz w tygodniu przyjeżdżało kino,  a co sobotę odbywały się potańcówki. Muzykę puszczano z płyt. Mama przez jakiś czas była świetlicową, a klub prowadziła pani Fabjańska — wspomina Bożena Drozdalska.

Świetlica w Kamieńcu, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej.
Integracja mieszkańców Kamieńca z wopistami, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej

— Kino było też z WOP-u — dodaje pan Ryszard.

Świetlica istniała przez długie lata, pani sołtys urodzona w 1980 roku pamięta, jak podczas jakiegoś balu tańczyła tam przebrana za biedronkę.

— Scena była, orkiestra przyjeżdżała — uśmiecha się pani Angelika.

Szczególnie ciepło o tym kolektywnym miejscu rozrywki wyraża się pan Bytof, który podczas jednej z zabaw poznał przyszłą żonę:

Ryszard Bytof przed laty

— Tam swoje szczęście zapoznałem, nawet datę pamiętam – 27 października to było — śmieje się pan Ryszard i namawia, żebyśmy podeszli bliżej pod budynek. - Pochodzę ze wschodu Polski, do Kamieńca trafiłem do wojska w 1964 roku. Stacjonowaliśmy we dworze. Jak potańcówki się odbywały, sylwestry, mikołajki ludzie przychodzili z Kamieńca, i z innych wiosek, kto chciał. Żołnierze również. Jedzenie było składkowe, siedziało się przy stolikach. Stroje raczej eleganckie, wyjściowe obowiązywały. Każdy się starał wyglądać dobrze. Żona była miejscowa, miała 16 lat jak się pobraliśmy, ja 22 — wspomina były żołnierz.


Wspomnienia dotyczące jednostki Wojsk Ochrony Pogranicza wzbudzają entuzjazm wśród pozostałych rozmówców:


— Gdyby nie my, to dziewczyny ze wsi do dzisiaj byłyby pannami — żartuje pan Ryszard. — Oj, ty nie doceniasz kobiet — odcina się pani Bożena.


Żołnierze WOP-u przed dworem, 1947 r., zdj. z archiwum Ryszarda Bytofa
Dwór za zamkniętą bramą., zdj. Monika Kołacz 


Wopistą był również teść pana Bytofa:


 — Teściowa z pierwszym mężem sprowadzili się z Niemiec, pracowali tam od czasów przedwojennych. W 1945 roku przyjechali do Kamieńca. Teściowa spodnie reperowała żołnierzom z placówki. Kiedy mąż zmarł, wyszła za wopistę, który wcześniej bywał u nich w domu. Wszystkie tutaj wychodziły za wopistów — tłumaczy z uśmiechem pan Ryszard.  


Zapytany, jak wyglądała rezydencja dawnego właściciela majątku, odpowiada:


— Pałac jak pałac, zabytek poniemiecki, bardzo ładnie było, chociaż już bez oryginalnego wyposażenia. Tu były wcześniej porcelanowe grzejniki, Ruscy je porozbijali, znajdowaliśmy potłuczone fragmenty na śmietnikach — wspomina, kierując głowę w stronę opuszczonego budynku.

Pani Bożena męża wybrała po sąsiedzku, w Kołbaskowie:


— Teściu przejął gospodarkę po swojej matce i przyszedł na Kołbaskowo. Tam się poznaliśmy z Henrykiem w 1976 roku, na zabawie. Taki był przystojny, elegancko ubrany...— promienieje pani Drozdalska.— Przyjeżdżał do Kamieńca do babci, teściowej Rysia Bytofa. Ja tu mam pół wioski samej rodziny – tłumaczy i, widząc moje zdziwienie, dodaje — Angeliki mama to moja siostra, a Lesław to mój swat, czyli teść córki.


Mieszkańcy Kamieńca są bardzo dumni z kościoła, chętnie opowiadają o remoncie, który został przeprowadzony pod koniec lat 70. Przyglądamy się średniowiecznego zabytkowi:


— Wszyscy mieli w tym swój wkład. Jak dziecko szło do komunii, albo ktoś chciał wziąć ślub – musiał pracować. Był specjalny cennik. „Pokuta” tak zwana: na przykład 2 metry muru trzeba było odbudować za sakrament. I ludzie to robili, proboszcz nikomu nie popuszczał — opowiada pani Angelika. — Starsi wspominali, że wcześniej pod ołtarzem była krypta, taka duża dziura, do której dzieci wchodziły. Ale gruzem zasypali, zalali betonem, teraz nic nie widać – opowiadają z przekonaniem uczestnicy spaceru.


Adoracja obrazu w jednym z domów w Kamieńcu, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej

W kościele na piętrze odbywały się lekcje katechezy. Do dzisiaj w salce stoją ławki i tablica z lat 80. Przed remontem wierni chodzili na msze święte do Kołbaskowa, 2 kilometry, na skróty, tak zwaną „wiśniówką”. „Bo wiśnie rosły przy drodze” — pani Bożena tłumaczy etymologię określenia.


Nieoficjalne nazwy, zrozumiałe tylko dla mieszkańców wioski, poznaję jeszcze kilkukrotnie podczas spotkania. Na przykład na opuszczony dzisiaj, XIX-wieczny budynek gospodarczy, pozostałość po dawnym folwarku w Kamieńcu mówi się „PGR”:


— Konie tam trzymali za czasów istnienia państwowych gospodarstw, na górze było zboże, a tam gdzie wysokie okna — biura — tłumaczą moi rozmówcy. — Wokół kiedyś stało dużo budynków. Obory, chlewy, cielętniki, kuźnia, garaże na ciągniki – wymieniają.


Dawny budynek gospodarczy, zwany przez mieszkańców PGR-em, zdj. M.Kołacz

Kontynuujemy spacer i rozmawiamy o dawnym, rolniczym charakterze wsi i o życiu: Na polach uprawiano pszenicę, jęczmień, żyto. Gospodarze wozili buraki cukrowe na Gumieńce, do cukrowni. (Wysłodki zostawiali dla inwentarza.) Płody rolne oddawali do GS-u, a z nadwyżki sprzedawali na Turzynie. Co roku odbywały się dożynki gminne i konkurs na najpiękniejszy wieniec z plonów. Rolnicy zanosili wykonane przez siebie piękne dekoracje symbolizujące urodzaj do kościoła w Kołbaskowie.


— Nie jeden raz Kamieniec wygrywał — mówią z dumą mieszkańcy.

Potem wracali z wieńcem do wsi, wieszali w swojej świątyni, a po miesiącu wystawiali na zewnątrz, gdzie stał do wiosny, „żeby sobie ptaszki wyskubały — tłumaczy pan Lesław. W maju codziennie odbywały się spotkania na powietrzu, pod świętym obrazem.


— Starsze panie przychodziły, śpiewały, a dzieciaki latały za chrabąszczami — opowiada pani Bożena.

Wioska słynęła z amatorskiej drużyny piłkarskiej założonej przez lokalny LZS w 1972 roku —  Łuna Kamieniec.


— Chłopaki trenowali w lesie, gdzie popadło. Dobrzy byli, mieli osiągnięcia. Trener Damian Polok woził ich spod sklepu bonanzą na boisko do Będargowa — tłumaczą moi rozmówcy.

Słuchając mieszkańców ciężko uwierzyć, że opowiadają o rzeczywistości wcale nie tak odległej w czasie:


— W latach 80. kupiliśmy z mężem własne gospodarstwo w Kamieńcu. Mąż pracował w polu. Orał, siał. Wszystko sam, pomocy potrzebował tylko przy zbiorach. Zaczynaliśmy od 4 ha ziemi, ale jak likwidowali PGR-y braliśmy w dzierżawę ziemię i potem stopniowo kupowaliśmy kolejne hektary, aż doszliśmy do 100 – wspomina pani Drozdalska. — Hodowaliśmy też świnie, 100 sztuk. I mieliśmy czworo dzieci. Wszystko było na mojej głowie: obrządek, pranie, gotowanie... Wstawałam o 7 rano, dzień naprzód szykowałam paszę w takim bąku specjalnym, śrutowniku, ziemniaki przygotowywałam, parzyłam jęczmień. Nosiłam wszystko ręcznie, nawet w ciąży. Udało się, dzieci zdrowe się rodziły, Bogu dzięki. Z półtorej godziny zajmował mi obrządek przy świniach. Obornik trzeba było wyrzucić po nocy, pościelić czystą słomę, dać jeść, bo inaczej świnie by się darły na całą wieś — pani Bożena opowiada tak barwnie, że prawie słyszymy wrzaski zwierząt. - Około godziny 15-tej od nowa to samo. Potem roznosiłam samą paszę i lałam wodę. Ale długo nosiłam mokre - po dwa wiaderka jednocześnie. No, ciężko było, ale trzeba było sobie radzić. Tak sobie plan ułożyłam przy czwórce dzieci, że o godz. 19-tej dzieciaki już były umyte. Po kolacji szły do swoich pokojów, a ja miałam czas dla siebie — z dumą wspomina pani Drozdalska.


Mimo wykonywania ciężkiej pracy ludzie ze wsi przywiązywali wagę do estetyki.


— Zawsze dbałam o ręce, miałam pomalowane paznokcie. Chodziłam na zebrania do szkoły, musiałam wyglądać — w tym temacie najwięcej ma do powiedzenia pani Bożena. — Kiedyś pojechałam do Grójca. Wujek, mamy brat, patrzy na mnie i mówi zdziwiony: „Ty masz gospodarkę?” No tak, odpowiedziałam, i czwórkę dzieci. Wszystko sama robię, obornik wywożę, świniom jedzenie noszę, i tak dalej... „Ty z gospodarki? I paznokcie pomalowane?!”, wciąż nie dowierzał. Mówię mu „wujek, to się już skończyło, że się w gumowcach u nas chodzi” — ze śmiechem wspomina emerytowana gospodyni z Kamieńca.


Z życia strażnicy w Kamieńcu, z archiwum Ryszarda Bytofa

Mieszkańcy posiadali na miejscu zaplecze niezbędne do codziennego funkcjonowania: szkołę podstawową, przedszkole, sklep, świetlicę, kościół. Rytm życia na pograniczu odbywał się według schematu, przewidywalnego jak następowanie po sobie pór roku. Prace gospodarskie, święta, zabawy w świetlicy. Regularnie wioskę odwiedzali Romowie, kobiety w długich spódnicach chodziły od gospodarstwa do gospodarstwa proponując wróżenie. Przystanek autobusowy w centrum był tradycyjnym punktem spotkań lokalnej młodzieży.


Grupa przedszkolna, Kamieniec, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej

Kiedy na początku lat 90. zlikwidowano PGR-y, wiele osób wyjechało z Kamieńca w poszukiwaniu pracy. Stopniowo zaczęła się też zmniejszać liczba mieszkańców utrzymujących się z rolnictwa. We dworze miejsce wopistów zajęli żołnierze Straży Granicznej. Na początku lat 2000. siedzibę dawnego majątku kupił i odrestaurował Niemiec Eckhard Marron, urodzony w 1935 roku w Policach. W zaniedbanym budynku stworzył miejsce spotkań kulturalnych i przez jakiś czas organizował koncerty kameralne, na które przyjeżdżali również sąsiedzi zza zachodniej granicy. Oprócz tego zdarzało się, że Niemcy zaglądali do wioski, zwłaszcza od czasów wejścia Polski do strefy Schengen. Zwiedzali kościół, dwór, cmentarz, na miejscu którego w 2021 roku zostało utworzone lapidarium. Teraz rzadziej pojawiają się w Kamieńcu, i są to głównie rowerzyści.


— Z dawnych czasów pamiętam tylko jedno zdarzenie, kiedy Niemcy przyjechali do wsi. Z drogi przyglądali się gospodarstwu — mówi pani Bożena.


Ryszard Bytof od 1966 do 1987 roku był dowódcą drużyny WOP, 3 ostatnie lata do emerytury służył w jednostce przy ul. Żołnierskiej w Szczecinie. Do 2021 roku pracował w hali targowej w Kołbaskowie.


— Miałem tylko 2 miejsca pracy – wojsko i handel — mówi z dumą. Jak lubi spędzać wolny czas na emeryturze?


— Nie mam czasu. Z żoną po lekarzach jeżdżę, albo sam ze sobą — tłumaczy z uśmiechem.


Lesław Torzewski też wiecznie zabiegany. Ma kawałeczek działki, pomidory uprawia. Lubi mieć malinówki. Swoje, pachnące. Pyta, czy jeszcze coś opowiedzieć, bo spieszy się do wnuków.

Pani Bożena dawniej wieczorami, dla relaksu, lubiła szydełkować.


— A teraz pani Drozdalska się „odchamiła”, nauczyła się obsługi komputera: gierki, Facebook, i takie tam. Wiek to nie wszystko. Wszystko można, jak się chce — opowiada z dumą, podkreślając, że zupełnie sama przyswoiła sobie nowinki technologiczne, bez niczyjej pomocy. Działa też w Kole Gospodyń Wiejskich.


— Pierogi lepimy, ciasta pieczemy. Chce nam się, bo lubimy się ze sobą spotkać, nawet jak nic nie robimy. Herbaty się napić razem, podyskutować - tłumaczy pani Bożena.


Niedługo członkinie będą szykować palmy wielkanocne, jesienią przygotowują stroiki na groby, ozdoby świąteczne. Aktualnie w Kole jest 14 kobiet, w różnym wieku, na czele stoi prezeska — pani Marzena Kolibowska. Prezentują swoje wyroby podczas organizowanych w gminie wydarzeń, między innymi w Moczyłach, na festiwalu plenerowym Dolina Dolnej Odry Poezją Śpiewana, mają stoisko z szyldem „KGW Kamieniec”. Oficjalnie działają od 2019 roku, ale prywatnie spotykały się już wcześniej. Pani Drozdalska podkreśla aktywność obecnej sołtys wsi — prywatnie siostrzenicy — która krępuje się mówić o swoich zasługach.


— Nie chcę jej głośno chwalić, ale dużo robi. Już za czasów poprzedniego sołtysa Roberta Bytofa była w radzie sołeckiej. Otwarta na ludzi, pomocna.


Pani Angelika nieśmiało wspomina o tym, jak kiedyś podczas mikołajek, razem z Marcinem Zielińskim i Pauliną Sawką-Marciniak jeździli po wsi czerwonym samochodem, dzwonili dzwonkiem i rozdawali dzieciom paczki. Róównież o kronice Kamieńca, którą prowadzą,  o albumie, który wydali własnym sumptem i o imprezach, które organizują. Pani sołtys jest ciągle zajęta bieżącymi sprawami miejscowości, podczas spotkania kilkakrotnie odbiera telefon, interweniuje, tłumaczy. Ale chwali też mieszkańców, że pomagają w koszeniu trawy i pracach ogrodniczych na terenie rekreacyjnym oraz przy kościele. Podkreśla, że nigdy nie brakuje chętnych do porządków, organizacji festynów, ognisk czy pieczenia ciast. W miejscowości kultywuje się również tradycje sportowe - drużyna siatkarska Orły z Kamieńca, osiąga dobre wyniki na zawodach gminnych, międzygminnych  oraz powiatowych.

W ciągu kilkudziesięciu lat zupełnie zmienił się charakter Kamieńca, ale też relacje międzyludzkie.


— Teraz jest ładniej — mówi pani Bożena — podwórka i wnętrza domów są zadbane, jednak na zewnątrz za PGR-ów było lepiej, bo teraz remonty drogie, nie wszystkich stać. Kiedyś do Szczecina jeździło się tylko po większe zakupy — do PEDET-u, Odzieżowca, na Turzyn. Dzieciaki ustawiało się gęsiego, patyka się brało i mierzyło każdemu stopy. Tak się kupowało buty! Sama jeździłam, gdzie tam z „ogonami”! PKS-em — tłumaczy pani Drozdalska. — I wszyscy byli zadowoleni, że mają coś nowego, nikt nie wydziwiał – dodaje.


— W Kamieńcu zawsze było spokojnie, teraz jest jeszcze spokojniej. Człowiek wszystkich zna - oprócz tych nowych mieszkańców. Kiedyś jeden drugiemu pomagał na polu, przy młóceniu. Potem na wieczór „dożynki” były - uderza kantem dłoni o szyję. — A od rana od nowa praca. U następnego gospodarza — wspomina pan Lesław uroki minionych czasów.


— Dawniej domy były pokoleniowe. Razem mieszkali dziadkowie, rodzice, dzieci — dodaje pani Bożena. - W ostatnich latach dużo ludzi się wyprowadziło, wprowadzają się nowi, nie ma już gospodarzy. My też posprzedawaliśmy świnie, bo nie opłacało się trzymać — tłumaczy.


Na pytanie, czy kiedykolwiek myśleli o wyprowadzce z Kamieńca wszyscy rozmówcy patrzą z niedowierzaniem, sprawdzając czy żartuję:


— Pani się mojego męża zapyta — pani Drozdalska proponuje z uśmiechem, ale retorycznie, bo zaraz sama odpowiada - A gdzie on by do miasta pojechał?! Wie pani, to jest tak: jak się mieszka na wsi, ma się swoje podwórko, ogródek, ogrodzone, nikt nie wejdzie, nikt nic nie widzi.


— Ja też bym nie chciał. Mieszkałem 2 lata w Szczecinie, wystarczy — dodaje pan Lesław.


Takimi barwami nieba żegnał mnie Kamieniec, 03.2026 r., zdj. M. Kołacz

Wszyscy zgodnie przyznają, że jedyne, czego im brakuje w Kamieńcu to sklep, bo nawet podstawowych zakupów nie można zrobić na miejscu, czy latem lodów kupić. Żałują też, że kościół jest nieogrzewany.


Powrót


Kot na ruinach przedszkola, zdj. Monika Kołacz

Pora opuścić Kamieniec. Zachodzące słońce pomału schodzi za popegeerowskie osiedle, rzucając blask na ruiny przedszkola. Po kikutach murów z gracją spacerują koty — jak aktorzy na scenie oświetlonej reflektorami. Promienie złocą dawny pawilon handlowy, przystanek, fasadę kościoła, domy stojące w centrum wsi. Oglądane z perspektywy lapidarium, od zaplecza, przedwojenne budynki gospodarcze odsłaniają swoją oryginalną, ceglaną naturę, podkreśloną teraz złotymi smugami. A więc to tak wyglądało kiedyś! Jest cicho. Dwór tkwi nieporuszony. W „PGR-ze” obok wydzierają się kuny, podczas gdy światło filtruje elewacje na przestrzał, między pustymi otworami okiennymi.


Ruszam z powrotem w kierunku Moczył, ponownie wkraczając w przestrzeń falujących pól. Do żywiołu ziemi, wody i powietrza dołącza teraz ogień, gdyż Artysta na na zakończenie dnia postanowił wymalować nieboskłon czerwono-pomarańczowo-sinymi barwami. W głowie mam słowa pani Bożeny: „Człowiek przeżył. Tak te lata szybko przeszły, dzięki Bogu bez chorób, lekko”.



Monika Kołacz

marzec 2026 r.

Od lewej:
Zdj. Monika Kołacz
Zabawa w świetlicy, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej
Dzieci w świetlicy w Kamieńcu, zdj. z archiwum Bożeny Drozdalskiej 
Kamieniec 10 a - tu przez lata mieściła się świetlica, zdj. Monika Kołacz
Kamieniec, lata 60., zdj. z archiwum Ryszarda Bytofa
Widok wioski, lata 60., zdj. z archiwum Ryszarda Bytofa
Lapidarium - umarli dzielą przestrzeń z żywymi mieszkańcami Kamieńca, zdj. Monika Kołacz
Od lewej:
Jeden z przykładów pół na pół o którym jest mowa w tekście, zdj. Monika Kołacz 
Kamieniec Osiedle - przed jednym z popegeerowskich bloków, zdj. Monika Kołacz
Kamieniec przed 1945 r., zdj. fotopolska.eu
Korzystałam:

Karta ewidencyjna, Kościół filialny pw. Bożego Ciała, Kamieniec, Ewa Soroka, 1990 r., Archiwum WKZ w Szczecinie

Karta ewidencyjna, Kościół - ruina, Kamieniec, Lucyna Madejska, 1959 r., Archiwum WKZ w Szczecinie

Karta ewidencyjna, Stajnia z częścią mieszkalną, Kamieniec, Barbara Ochendowska-Grzelak, 1990 r., Archiwum WKZ w Szczecinie

Karta ewidencyjna, Budynek gospodarczy, stajnia, Kamieniec, Kazimiera Kalita-Skwirzyńska 2016 r., Archiwum WKZ w Szczecinie

Karta ewidencyjna, Dwór – obecnie budynek mieszkalny i biura, Kazimiera Kalita-Skwirzyńska, 2016 r., Archiwum WKZ w Szczecinie

Marek Łuczak, Historia i zabytki Gminy Kołbaskowo, Pomorskie Towarzystwo Historyczne, 2010 r.

Marek Łuczak, Gotyckie Kościoły Gminy Kołbaskowo, Pomorskie Towarzystwo Historyczne, 2013 r.
Ocena 4.75 (4 Głosy)

Pozostałe wiadomości: