Wakacje trwają w najlepsze, ale w sklepach po cichu już od kilku tygodni królują zeszyty, plecaki i piórniki. Wielu rodziców przechodzi obok nich obojętnie, bo przecież „na szkołę jeszcze przyjdzie czas”. Tyle że z doświadczenia wiadomo jedno – im bliżej września, tym większe kolejki przy półkach i większy rachunek przy kasie, a wybór może być już mocno ograniczony.
Wyprawka to dziś znacznie więcej niż kilka zeszytów i komplet kredek oraz farb plakatowych. Często trzeba kupić nowy plecak, worek na buty, piórnik, bidon czy strój na WF. Dzieci rosną, a rzeczy używane przez cały rok zwyczajnie się niszczą.
Najbardziej odczuwają to wielodzietne rodziny. Przy jednym uczniu wydatki są spore, ale gdy do szkoły idzie dwójka albo trójka rodzeństwa, robi się z tego naprawdę poważna kwota. Dlatego wielu rodziców rozkłada zakupy na kilka tygodni i korzysta z letnich promocji, zamiast zostawiać wszystko na ostatni moment.
Kilka dni temu usłyszałem fragment ciekawej rozmowy w jednym ze znanych szczecińskich marketów. Nastolatka spojrzała na plecak i powiedziała do mamy:
– Mamo, to już nie jest 3 klasa. Trzeba się pokazać!
I trudno było się z nią do końca nie zgodzić. Szkoła od zawsze rządziła się swoimi prawami. Kiedyś liczył się pachnący piórnik albo kolorowy długopis. Dzisiaj modne są produkty z bohaterami popularnych seriali, gier, filmów czy świata popkultury. Nawet zwykły długopis za 1,50 zł potrafi przegrać z takim za 13 zł tylko dlatego, że jest akurat „na czasie”.
Na szczęście rodzice nie muszą już kupować podręczników do szkół podstawowych. Z pomocą od kilku lat przychodzi również rządowy program Dobry Start, czyli popularne 300+, które można przeznaczyć na szkolną wyprawkę. Ale czy to wystarcza? To zależy. Jeśli trzeba wymienić tylko podstawowe przybory, pieniądze są sporym wsparciem. Jeśli jednak dochodzi nowy plecak, strój sportowy i cała reszta, 300 zł szybko znika z naszego konta czy portfela. Dziś to raczej minimum niż kwota, która tak naprawdę pokryje wszystkie wydatki związane z wyprawką.
Jedno jest pewne. Zakupy zrobione na początku lub w połowie wakacji dają większy wybór, mniej stresu i pozwalają lepiej zaplanować domowy budżet. Ale my chyba nadal lubimy czekać do ostatniej chwili, kiedy sklepy przeżywają prawdziwe oblężenie. Tylko czy naprawdę nam się to opłaca?
