Pogoń Szczecin tylko zremisowała u siebie z Wisłą Płock 1:1. Dla Portowców, którzy przed własną publicznością mierzyli się z zespołem wskazywanym przed meczem jako słabszy, trudno uznać ten wynik za sukces. To raczej strata dwóch punktów.
Szczecinianie mieli swoje momenty, oddali więcej strzałów i przez długie fragmenty kontrolowali spotkanie, ale po raz kolejny zabrakło im jakości w ofensywie. Przy kim możemy postawić plus?
Początek spotkania mógł zaniepokoić kibiców przy Twardowskiego. To Wisła Płock ruszyła odważniej i przez pierwszy kwadrans potrafiła mocno nacisnąć gospodarzy. W 9. minucie po ogromnym błędzie Valentina Cojocaru - złe przyjęcie piłki, nieudolna próba dryblingu - przed szansą stanął Jorge Jimenez, ale rumuński bramkarz naprawił własny błąd, broniąc jego uderzenie nogą. Pogoń odpowiedziała strzałem Darko Churlinova, który minimalnie minął słupek. Później coraz wyraźniej zaczęła przejmować inicjatywę. W 24. minucie po uderzeniu Paula Mukairu piłkę odbił Rafał Leszczyński, a dobitkę skutecznie wykorzystał Hussein Ali. Gol nie został jednak uznany z powodu spalonego. Najlepszą okazję przed przerwą miał Jan Biegański. Pomocnik świetnie złożył się do uderzenia z powietrza, ale Leszczyński popisał się znakomitą paradą. Chwilę później Dimitrios Keramitsis trafił głową w słupek.
I właśnie w takich momentach było widać największy problem Pogoni. Gospodarze potrafili dochodzić pod pole karne rywala, ale akcje często kończyły się złym podaniem, stratą albo niedokładnym wyborem. Odbiór, złe podanie, strata. Odbiór, złe podanie, strata... Brakowało zawodnika, który uspokoiłby grę, nadał jej rytm i potrafił ostatnim podaniem otworzyć drogę do bramki.
To zresztą problem, na który po meczu zwracał uwagę trener Oscar Garcia. Hiszpan przyznał, że jego zdaniem wynik nie był sprawiedliwy, bo Pogoń zrobiła więcej, aby wygrać. Jednocześnie wskazał na brak zawodnika, który potrafiłby wykreować sytuację lub wykonać skuteczne ostatnie podanie.
Po przerwie Pogoń szybko ruszyła do ataku. W 49. minucie Churlinov dośrodkował wzdłuż bramki, a Leszczyński z trudem wybił piłkę. Trzy minuty później gospodarze dopięli swego. Po kolejnej akcji i wybiciu piłki przez obrońców Wisły futbolówka trafiła na jedenasty metr do Jana Biegańskiego. Pomocnik uderzył perfekcyjnie, w samo okienko, nie dając bramkarzowi żadnych szans. Był to szczególny moment dla 23-letniego zawodnika. Biegański zdobył swoją pierwszą bramkę na poziomie Ekstraklasy. Czekał na nią aż 52 mecze. Był to jeden z najlepszych momentów Pogoni w całym spotkaniu. Akcja poprzedzająca gola miała tempo i pomysł, a samo wykończenie Biegańskiego było najwyższej jakości. Radość nie trwała jednak długo.
W 60. minucie Wisła doprowadziła do wyrównania. W zamieszaniu w polu karnym Pogoni najlepiej zachował się Marcus Haglind-Sangre i skierował piłkę do siatki. Po raz kolejny Pogoń straciła gola po stałym fragmencie gry. I po raz kolejny okazało się, że przy niezbyt wielkiej liczbie straconych bramek problemem jest powtarzalność sytuacji, w których te gole padają.
Oscar Garcia po meczu nie krył irytacji. Pogoń w defensywie rzeczywiście zrobiła w ostatnim czasie wyraźny krok do przodu. W porównaniu z poprzednim sezonem Szczecinianie zdecydowanie lepiej organizują grę obronną i należą do zespołów tracących najmniej bramek w lidze. Problem w tym, że kiedy rywalowi wystarczy jeden stały fragment, aby odrobić straty, Pogoń musi sama zdobyć dwie bramki, żeby wygrać. A z tym jest problem, bo w ofensywie wciąż brakuje jakości.
Pogoń miała piłkę przez 58 procent czasu, wymieniła 501 podań, oddała 22 strzały i wypracowała xG na poziomie 1,99. Statystycznie gospodarze mieli więc argumenty, by ten mecz wygrać. Wisła oddała 13 strzałów, a jej xG wyniosło 1,67. Problem polega na tym, że sama liczba strzałów niewiele znaczy, jeśli brakuje jakości w decydujących momentach. Pogoń długo grała dość chaotycznie. Brakowało zawodnika, który wziąłby odpowiedzialność za rozegranie. Patryk Dziczek jest bardzo ważnym piłkarzem, aktywnym, walecznym, świetnie ustawiającym się, odbierającym piłkę i rozpoczynającym akcje. Potrafi również bardzo daleko wyrzucić piłkę z autu i właśnie po takich zagraniach Pogoń stwarzała zagrożenie. Nie jest jednak klasycznym kreatorem gry. Dlatego tak bardzo brakuje obecnie Jose Pozo.
Szczecinianie mają za to szeroki wybór zawodników ofensywnych. Problem w tym, że na razie trudno wskazać skrzydłowego czy napastnika, może oprócz Mukairu, który regularnie dawałby drużynie jakość i liczby. Darko Churlinov był aktywniejszy niż w poprzednich spotkaniach, ale wciąż daleko mu do poziomu, jakiego oczekiwano po jego transferze. Jean-Pierre Nsame, który po przyjściu z Legii miał wejść w buty Koulourisa, po wejściu na boisko praktycznie nie zaznaczył swojej obecności.
Nie był to również najlepszy wieczór młodych zawodników. Natan Ława dostał szansę, ale tym razem nie przekonał. W jego grze było sporo nonszalancji, niedokładności i złych decyzji. To o tyle istotne, że wcześniej trener Garcia niechętnie korzystał z jego usług. Po takim występie trudno uznać, że szkoleniowiec pomylił się w swoich wcześniejszych decyzjach. Maciej Wojciechowski imponował ambicją i pracą. Dużo biegał, naciskał rywali i próbował walczyć o każdą piłkę. Piłkarsko był jednak zdecydowanie mniej przekonujący niż w swoich wcześniejszych występach. Jacek Czapliński mógł natomiast zostać bohaterem spotkania. W 84. minucie piłka po zamieszaniu trafiła pod jego nogi pod bramką Wisły. Młody zawodnik uderzył mocno, ale niestety obok bramki. To była piłka meczowa. Tyle że zamiast zwycięskiego gola pozostało rozczarowanie. Oprócz tego momentu, Czapliński niewiele dawał drużynie.
Plusy? Jeżeli szukać pozytywów, to przede wszystkim należy wskazać Jana Biegańskiego. Był aktywny, pracował dla zespołu i zdobył piękną bramkę. To występ, który może być dla niego ważnym impulsem. Na swoim solidnym poziomie zagrał również Patryk Dziczek, wczoraj grający jako kapitan. Tradycyjnie był wszędzie tam, gdzie trzeba było walczyć o piłkę. Był aktywny w rozegraniu, przerywał akcje rywali i starał się napędzać ofensywę. Ciekawie wyglądał Lucas Willen. Nowy belgijski obrońca nie ogranicza się wyłącznie do bronienia. Potrafi wyjść z piłką do przodu i pojawić się na połowie rywala, dając drużynie dodatkową opcję w rozegraniu.
Po raz pierwszy pełne 90 minut w barwach Pogoni rozegrał natomiast Benjamin Mendy. Były reprezentant Francji i mistrz świata pokazał momentami, że wciąż ma piłkarską jakość. Pojawiał się zarówno z tyłu, jak i w ofensywie. Im bliżej końca spotkania, tym jednak częściej przytrafiały mu się błędy, co mogło mieć związek z przygotowaniem fizycznym.
Warto odnotować jeszcze jedną rzecz. Kamil Grosicki po raz kolejny przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych. W sytuacji, gdy Pogoń miała problemy z ofensywą i potrzebowała ożywienia skrzydeł, trener Garcia zdecydował się na inne rozwiązania.
Po meczu trudno nie odnieść wrażenia, że Pogoń ma problem z właściwym wykorzystaniem potencjału kadry. Nazwisk jest dużo, podobnie jak narodowości. Tyle że sama liczba zawodników i ich CV nie gwarantują jeszcze stworzenia zespołu. Jedna z opinii kibiców po meczu dobrze oddaje ten problem: „To skład na środek tabeli max, sklecony bez ładu i składu. Dodajemy kolejne narodowości do tej wieży Babel, tylko co z tego, jak tu nie zazębiają się charaktery i brak jest drużyny”.
